wróć do strony głównej



EŻELI SIĘ BĘDZIECIE WZAJEMNIE MIŁOWALI...



„Nasze serce potrafi wpleść w dziesiątki różańca wszystkie wydarzenia, które składają się na życie jednostki, rodziny, narodu, Kościoła i ludzkości.. A więc koleje życia osobistego bliźnich, a w szczególności tych, którzy są nam bardziej bliscy, którzy są drożsi naszemu sercu. W ten sposób ta prosta modlitwa różańcowa pulsuje rytmem życia ludzkiego” (św.Jan Paweł II).

„Zalecam przede wszystkim, by prośby, modlitwy, wspólne błagania i dziękczynienia odprawiane były za wszystkich ludzi” (1Tm 2,1)...

„Módlcie się jeden za drugiego, gdyż wielką moc posiada modlitwa sprawiedliwego” (Jk 5,16).


reprod z „Rycerza Niepokalanej” nr 11/2012

„Modlitwa różańcowa jest modlitwą człowieka za człowieka; jest modlitwą ludzkiej solidarności, modlitwą wspólną odkupionych, która odbija w sobie ducha i intencje pierwszej z odkupionych Maryi, Matki i obrazu Kościoła; jest modlitwą za wszystkich ludzi świata i historii, żywych i umarłych, powołanych do tworzenia wraz z nimi Ciała Chrystusa i do stania się wraz z Nim współdziedzicami chwały Ojca” (św.Jan Paweł II).

„Różaniec możemy odmawiać za nas, jak i za tych, którzy się nam polecają oraz za cały Kościół. Uciekajmy się więc do nabożeństwa Różańca Świętego w każdej naszej potrzebie, a otrzymamy na pewno to, o co prosimy Boga odnośnie naszego zbawienia” (opat Blosius).

„Ponieważ różaniec jest modlitwą wdzięczności, miłości i ufnej prośby, równocześnie w te same dziesiątki różańca serce nasze może wprowadzić wszystkie sprawy, które składają się na życie człowieka, rodziny, narodu, Kościoła, ludzkości... Zawrzeć w nich nasze własne sprawy i sprawy naszych bliźnich, szczególnie tych, którzy są nam najbliżsi, o których najbardziej się troszczymy. W ten sposób ta prosta modlitwa będzie pulsować życiem ludzkim” (wg bł.Jana Pawła II).

„Gdy dzisiaj nie znajdujemy rady wobec różnych przeciwności, zostaje jedno: mieć w kieszeni różaniec i modlić się za tych, którzy nam przyczyniają tyle udręki we własnej Ojczyźnie. Módlmy się za tych ludzi. Przeklinanie nic nie pomoże. Powtarzanie sobie różnych plotek czy dowcipów politycznych też nic nie da. Ale modlitwa może pomóc. Ona zdolna jest oświecić umysły, poprawić wolę ludzką” (Sługa Boży Stefan Wyszyński).

„Nie zapominajcie, gdy przesuwacie paciorki różańca między waszymi palcami, nie zapominajcie, powtarzam, o tych, którzy pędzą nędzny żywot w niewoli, w więzieniach, w obozach koncentracyjnych. Pośród nich są również biskupi, dzieci, ojcowie i matki rodzin. Podobnie jak ja miłuję i otaczam ojcowskim uczuciem ich wszystkich, tak również wy, ożywiani miłością braterską, którą pobudza i pomnaża religia chrześcijańska, złączcie swoje modlitwy z moimi i polecajcie ich wszystkich Jej matczynemu sercu” (Czcigodny Sługa Boży Pius XII).

„Różaniec biorę do ręki i w duchu - poprzez intencje - różańcem owijam całą kulę ziemską smutną, rozdartą, pełną wojen i cierpień, wątpliwości i niewiary. Moją ufność składam u stóp Twoich i wierzę, że przez Ciebie, Matko Boża - przyjdzie ratunek, światło, pomoc. Dla mnie i dla wielu serc. Tylko pomóż mnie dobrze odczytać głębię tajemnic Różańca i naśladować Ciebie w moim życiu” (Sługa Boża Anna Jenke).



ŚWIADECTWA OTRZYMANYCH ŁASK

„Całe moje życie, moje kapłańskie powołanie, pisarska działalność, moja odpowiedzialność za ośrodek rekolekcyjny, wszystko jest zbudowane, przeplatane i pogrążone w różańcach. Kilka osób prowadziło mnie, podtrzymywało, dodawało odwagi - a muszę też przyznać - również krytykowało za pomocą dziesiątków Różańców. Na moim życiu odcisnęły się linie papilarne, których nie można w żaden sposób usunąć, osób przyzwyczajonych do przesuwania paciorków koronki.

Nie mam wątpliwości. Jeśli na polu mojej kapłańskiej misji wyrósł jakiś nieśmiały kwiat, pojawił się maleńki owoc, stało się to dzięki małym czarnym ziarenkom rozsiewanym przez czyjeś ręce; ręce, które bardzo łatwo mogę zidentyfikować. A jeśli ktoś, kogo dobrze znam, chciałby mnie szantażować, mógłby to zrobić jedynie za pomocą Różańca” (Alessandro Pronzato - wybitny włoski pisarz katolicki, dziennikarz, duszpasterz, rekolekcjonista, autor ponad 100 książek o duchowości chrześcijańskiej).

wg źródła: http://www.katolik.pl/rozaniec,1584,416,cz.html

„Za kratami rozmównicy słupskiego klasztoru Zakonu Mniszek Klarysek od Wieczystej Adoracji Najświętszego Sakramentu, pojawiła się młoda, uśmiechnięta siostra Paula... "Czy w waszym zakonnym życiu jest miejsce na odmawianie Różańca Świętego ? – spytałam". - "Oczywiście – odpowiedziała. Ta najpiękniejsza modlitwa Kościoła jest naszą modlitwą; jest tym, czym tlen dla każdej osoby żyjącej. Codziennie odmawiamy wspólnie jedną część Różańca, przed południową modlitwą „Anioł Pański"... Różaniec - "modlitwa modlitw" jest naszą siłą w wytrwaniu za kratami naszego życia mniszego, bez której nie mogłybyśmy się obyć w klasztornym świecie, tak bliskim samego Boga... Tylko Bóg wie, ilu ludziom Różaniec przywrócił zdrowie, a nawet życie, a także ilu przywrócił nadzieję, wiarę w sens życia i umożliwił przyjęcie nieprzebranego morza łask. Teraz, gdy świat stoi u progu kolejnych konfliktów, w słupskim klasztorze modlimy się o pokój, ufając w moc różańca”.(rozmawiała Teresa Nowak „Rycerz Niepokalanej” nr.10 (569) październik 2003).



„Zacząłem pytać siebie, co to znaczy, że Różaniec ma być "żywy"? I dotarło do mnie, że jeśli jest w parafii grupa, która każdego dnia odmawia cały Różaniec, to spełnia ona tak samo ważne zadanie, jakie w diecezji pełni Karmel ! Dziś mam odwagę powiedzieć, że nie można wyobrazić sobie normalnie funkcjonującej parafii bez Żywego Różańca. Taka modlitwa jest bardzo prostą rzeczą, dostępną zarówno dla teologów, jak i pani ze sklepu. Każdy, dosłownie każdy może wziąć do ręki różaniec i powiedzieć: "W ten sposób jestem odpowiedzialny za Kościół, jestem odpowiedzialny za swoją parafię". Trochę przypomina mi się tu postać Abrahama, który targował się z Bogiem i prosił o ocalenie miasta, jeśli znajdzie w nim kilku sprawiedliwych. Przecież samo istnienie Żywego Różańca w parafii daje nam pewność, że przynajmniej tylu ludzi naprawdę się tu modli - nie tylko mówi coś do Boga, ale rozmyśla o tajemnicy Boga, który stał się człowiekiem. Takie podjęcie odpowiedzialności za własną parafię nie kosztuje więcej niż 5-10 minut czasu dziennie. Czy to jest tak dużo? Pięć minut dziennie i mamy pewność, że codziennie jedna ważna, parafialna sprawa powierzana jest Bogu, w modlitwie przypominającej prośby ewangelicznej natrętnej wdowy.

W każdej parafii potrzebni są różni ludzie - tacy, którzy śpiewają, którzy grają, którzy służą przy ołtarzu - a prymasowi Wyszyńskiemu chodziło o to, żeby każda parafia miała takie własne modlitewne zaplecze, własny duchowy Karmel, właśnie w postaci Żywego Różańca. To prawdziwa armia ludzi, która po cichu, we własnych domach, wyprasza dla innych Boże błogosławieństwo” (ks.Jan ze Słupcy – patrz „Różaniec stał się moją modlitwą”).



„W sierpniu odwiedziłam zaprzyjaźnioną rodzinę w Poznaniu. Długo siedzieliśmy przy herbacie, ale przed północą Grażyna przeprosiła, że musi odejść, bo pozostała jej jeszcze jedna część różańca do odmówienia. Odkąd najstarsza córka pojechała na praktykę do Grecji i tam się okazało, że przez parę miesięcy będzie żyła na jednej z wysp bez możliwości korzystania z sakramentów świętych, postanowiła zabezpieczyć jej duszę nowenną Pompejańską, czyli przez 54 dni odmawiać trzy części różańca w intencji córki (Patrz: nowenna Pompejańska).

Było to dla mnie bardzo budujące świadectwo. Pomyślałam, że jeśli matka pięciorga dzieci da radę, to tym bardziej ja – katechetka i dziewica konsekrowana – powinnam modlić się w intencji wszystkich moich uczniów i dzieł, w których posługuję. Cieszę się, że za łaską Bożą podejmuję już drugą tego typu Nowennę. Widzę, jak zły duch jest z tego bardzo niezadowolony i jak szuka różnych sposobów, aby mnie atakować i zniechęcać do różańca” (Iwona Józefiak OCV „Rycerz Niepokalanej nr.10(677) październik 2012).)



„Przebywałam kiedyś w pewnym mieście, daleko od granic Polski. Któregoś popołudnia wybrałam się z mężem na dłuższy spacer do mało reprezentacyjnej dzielnicy. Wśród otaczających nas ludzi, spostrzegliśmy około 10-letniego chłopca, wspartego na dwóch kulach, stąpającego na jednej nodze. Kiedy zbliżył się do nas, zauważyliśmy na "zdrowej nodze" wiele różnych blizn. Drugą nogę natomiast, silnie przykurczoną w kolanie, powlekała skóra w kolorze od czerwieni do fioletu, na której zwracały uwagę również bardzo liczne, ledwie zagojone blizny. Spuchnięta stopa była większa niż u dorosłego mężczyzny... Dziecko to miało szczególny wyraz twarzy, w którym odczytać można było przede wszystkim cierpienie, wybijające się ponad inne cechy.

W ciągu kilku godzin myśl o nim nie opuszczała mnie ani na chwilę.. Nie mogłam uwolnić się od szczególnego rodzaju niepokoju wewnętrznego i przygnębienia. Ten dotkliwy, dręczący mnie stan psychiczny, utrzymywał się do późnych godzin wieczornych. Zasnęłam dopiero znużona długą lekturą. Obudziłam się nad ranem. Było zaledwie szaro. Przed oczami miałam znowu widok pozszywanych nóg, wielkoludziej stopy i twarzyczkę dziecka z oczami pełnymi bólu, mimo uśmiechniętych ust. Ten mały nieznajomy wytrącił mnie zupełnie z równowagi. W tej właśnie chwili, w ciszy i szarości świtu, doznałam nagłego olśnienia: Różaniec w intencji tego chłopca – jemu przyniesie pomoc, a mnie uspokojenie...? Zaczęłam gorąco prosić Matkę Bożą o łaskę i pomoc dla małego. Modliłam się w głębokim skupieniu. Wymawiając ostatnie już słowa modlitwy, pogrążyłam się we śnie” („Leszczyna” „Rycerz Niepokalanej” nr.10 (352) październik 1985).



„Pewnej soboty – a było to w maju – przygotowywałam się do wieczornej modlitwy. Nagle usłyszałam, że winda zatrzymała się na moim piętrze i za chwilę rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłam i ujrzałam bardzo pijaną kobietę, ładnie ubraną, opartą o ścianę przy moich drzwiach. Widywałam ją czasami, niekiedy właśnie po wypiciu. Słyszałam, że popijała alkohol. Wiedziałam gdzie mieszka, bo czasami słychać było stamtąd awantury.

Zapaliłam światło na korytarzu i zaproponowałam, że odprowadzę ją do domu. Zamknęłam drzwi swego mieszkania i pomogłam tej kobiecie wejść do windy, no i wyjść. Zapukałam do jej mieszkania. Drzwi otworzył jej mąż i ich mała, niespełna dziewięcioletnia córka. Pomogłam tej pani wejść do mieszkania. Bałam się, że znowu będzie awantura, a dziecko będzie widziało pijaną matkę. Gdy weszłyśmy, ta dziewczynka wykrzyknęła jedno tylko słowo: „Mamo !”.

Proszę mi wierzyć, nigdy nie słyszałam, aby w jednym słowie mogło być zawarte wszystko: i wyrzut, i miłość, i prośba, i radość i cierpienie. Szybko opuściłam ich mieszkanie i zeszłam po schodach do siebie. Zaczęłam płakać. Żal mi było tego dziecka. Choć miałam sześćdziesiąt lat, ale czegoś takiego nigdy nie słyszałam. Uklękłam, wzięłam różaniec, a łzy przez cały czas leciały mi z oczu. Nie wiem ile części odmówiłam, ale usilnie, z całego serca prosiłam i błagałam Matkę Boską Niepokalanie Poczętą o ratunek dla tej kobiety i jej córeczki. Po paru dniach dowiedziałam się, że ta dziewczynka idzie do Pierwszej Komunii Świętej. Od tego czasu minął tydzień.

Po "białym tygodniu" spotkałam tę panią i jej córkę. Obie opowiadały mi, jak to razem chodziły do kościoła przez cały "biały tydzień". To było dla mnie jak podziękowanie. Znowu popłakałam się, tym razem ze szczęścia. Widać było radość u tego dziecka, a ja dziękowałam Matce Bożej za interwencję. Odtąd już nigdy nie widziałam tamtej osoby pijanej ani nie usłyszałam żadnych awantur. Różaniec to potęga, ale w tę modlitwę musi być włożone nasze serce” (Felicja z Olsztyna „Zwycięstwo przychodzi przez Różaniec” – patrz bibliografia).



„W 1958 roku, w ubogiej dzielnicy stolicy Japonii, Tokio, zmarła młoda dziewczyna. Pogrzeb jej stał się manifestacją mieszkańców tego osiedla, którzy w ten sposób okazywali swoją wdzięczność dla niej. Kim była Kithara Reiko (rodzina nazywała ją Satoko), po przyjęciu chrztu zwana Elżbietą Marią ? Dlaczego zwracała uwagę prasy, radio i pisarzy ?

Urodzona 22 sierpnia 1929 roku w rodzinie profesora biologii i astronomii, pierwsze lata spędziła jak wszystkie inne dzieci, w szkole, gdzie oprócz zwyczajnych, podstawowych przedmiotów uczyła się pisma artystycznego i muzyki. W czasie wojny, mimo stosunkowo młodego wieku pracowała w zakładach samolotowych. Potem skończyła liceum, a następnie wydział farmacji. Pod wpływem hiszpańskich sióstr Matki Bożej od Wykupu Niewolników poznała katolicyzm i w 1949 roku, w uroczystość Chrystusa Króla została ochrzczona.

I dopiero wtedy zaczęła się prawdziwa przygoda jej życia: dzięki pośrednictwu polskiego misjonarza franciszkańskiego, brata Zenona Żebrowskiego, zetknęła się z tak zwanym "Miastem Mrówek". Było to osiedla najuboższych śmieciarzy, gałganiarzy, którzy zamieszkiwali nędzne szopy w części parku nad rzeką Sumida, w centrum Tokio.

Początkowo miała przygotować z dziećmi tylko śpiewy na Boże Narodzenie, potem jednak zapragnęła pomóc tym ludziom i sama stała się śmieciarką, aż wreszcie zamieszkała w "Mieście Mrówek". Praca "zawodowa" stała się wkrótce tylko fragmentem jej szerokiej działalności charytatywnej i apostolskiej: nauczała dzieci, opiekowała się chorymi, interweniowała w urzędach, pomagała przy organizowaniu rozrywek. Po trzech latach napisała nawet książkę "Chłopcy z Miasta Mrówek", następnie w prasie opublikowała artykuły i wywiady, bijąc na alarm w sprawie bezdomnych i wydziedziczonych.

Ustawiczne prace szybko wyczerpały jej chorowity organizm, ale po rocznym odpoczynku w domu rodziców, powróciła do ukochanego "miasteczka" i dalej służyła swoim najbiedniejszym bliźnim, aż zgasła w swym bezgranicznym poświęceniu dnia 23 stycznia 1958 roku.

Wszystkich uderzało jej głębokie umiłowanie modlitwy, szczególnie różańcowej, oraz jej bezgraniczna ufność w pomoc Matki Bożej. Dzięki jej działalności, kilkanaście osób z "Miasteczka Mrówek" przyjęło chrzest, a całe osiedle stało się właściwie gminą chrześcijańską, zwłaszcza od chwili, gdy zbudowano kościółek i grotę Matki Bożej Niepokalanej z Lourdes...” (wg „Rycerza Niepokalanej” nr.1/83 – „Potęga Różańca” – patrz bibliografia).



„Zwycięstwa różańcowe ? Każdy pacjent, któremu pomogły moje starania... Będąc na rencie, wciąż jeszcze odwiedzałam zagrożone rodziny, zwłaszcza dzieci alkoholików i pospolitych pijaków, awanturników, bo to też dzieci Matki Bożej. Czasem właśnie w takiej rodzinie nastawiałam odbiornik na Radio Maryja i ta rodzina klęcząc odmawiała Różaniec. Przynosiłam też swoje recepty, aparat do mierzenia ciśnienia, ale i pisma katolickie, zwłaszcza "Rycerza Niepokalanej" czy "Echo Afryki" – pismo sióstr klawerianek. Czasem prosiłam o pomoc odpowiednie instytucje, czasem narażałam się alkoholikom i pijakom – opiekunom pokrzywdzonych dzieci. I nigdy nic mi się nie stało, nawet bójki wybuchały w minutę po moim odejściu. Wtedy miały robotę i pogotowie, i policja, lecz to wszystko omijało mnie dosłownie parę metrów i parę minut. Dzieci, którym niosłam pomoc wyrosły na wartościowych ludzi. Niektóre nawet studiują, inne założyły rodziny, biorąc ślub w kościele i żyjąc w zgodzie z Bogiem. To zwycięstwo Różańca i Matki Bożej. (Izabela z Jawora „Zwycięstwo przychodzi przez Różaniec – patrz bibliografia).



„Gdy wracam wieczorem do domu, w natłoczonym metro obserwuję smutne, zmęczone twarze żon, matek, na które czeka jeszcze tyle pracy w domu. Wtedy ofiarowuję "zdrowaśki" za wszystkich podróżujących ze mną, z których każdy ma jakieś swoje troski” (Polka z Paryża. „Rycerz Niepokalanej” nr.10 (352) październik 1985).

„Nie wyobrażam sobie życia parafii bez tego codziennego wołania do Nieba. Widzę, że tak wielu ludzi dzisiaj nie modli się, dzieci się nie modlą, rodzice nie klękają z dziećmi do modlitwy. Mimo to ja mam poczucie spokoju. W parafii jest kilka róż żeńskich i męskich i wiem, że jest ktoś, kto codziennie się modli. I to jest duchowe zaplecze Kościoła... Bogu niech będą dzięki” (ks.Szymon Mucha krajowy moderator Żywego Różańca).



„Ostatni etap zażyłości mojej mamy z Matką Bożą, był etapem różańcowym. Schorowana, słaba, z napadami astmatycznej duszności, niewiele mogła już zrobić, a wciąż otwarta na ludzi, dobra, życzliwa, chciała im pomagać. Wyłączona z codziennej pracy służebnej, na swój sposób uczestniczyła we wszystkim, co się wokół niej działo. Patrzyła, słuchała i przechowywała w sercu, a gdy została sama, robiła swoje. "Robić swoje" w żartobliwym żargonie mojej mamy, znaczyło modlić się na różańcu. Przez ostatnich sześć lat jej życia mieszkałyśmy razem, więc z bliska mogłam obserwować, jak to było.

Przychodzili do nas różni ludzie: młodsi i starsi, prości i kształceni, bogaci i biedni. Każdy ze swoim bagażem ważnych spraw życiowych. Naprawdę miała co robić. Młodym trudno było nawet prosić o modlitwę, bo może i nie bardzo wierzyli, więc zdawało im się, że tak sobie tylko poopowiadali różne rzeczy, przy pożegnaniu jednak, niby żartem, przypominali: "babcia zrobi swoje za mnie".

Pewnego razu przyszła pielęgniarka z zastrzykiem do mamy i zwierzyła się jej, że jest w ciąży, a ostatnio rozchorowała się bardzo na różyczkę. Teraz wszyscy znajomi, w tym i lekarze, namawiają na zabieg strasząc, że jeśli donosi, to będzie miała upośledzone dziecko. Mąż wyjechał na dłuższy czas służbowo za granicę, została sama ze starszą córeczką i jest bliska rozpaczy, bo nie ma człowieka, który by widział dla niej inne wyjście. Ona, mimo całego lęku o przyszły rozwój poczętego dziecka, nie chce zgodzić się na przerwanie tej ciąży. Wówczas mama jej powiedziała: "Niech pani będzie spokojna. Matka Boża jeszcze mi nigdy nie odmówiła. Będę Ją prosić za panią".

Kiedy indziej, na wycieczce, córka naszych znajomych spadła z wysokości i życie jej wisiało na włosku. Mama "robiła swoje "szczególnie intensywnie. Od czasu do czasu pytała: "A co z Joasią ?". I tak po kolei pracowała nad każdą sprawą. A ponieważ tak się "dziwnie" składało, że Joasia wyzdrowiała, choć lekarze nie dawali żadnej nadziei; pielęgniarka urodziła zdrowe dziecko; Renia wyszła z ciężkiej opresji, choć zdawało się, że sprawa jest nie do przezwyciężenia; Andrzej dostał się na studia; Jacek załatwił sobie mieszkanie, a wiele jego trudnych spraw znalazło rozwiązanie, coraz pewniejszym było dla wszystkich, że to właśnie "babci robota".

Babcią nazywały ją już wtedy nie tylko wnuki i prawnuki, ale wszelka młodzież, do akademickiej włącznie, a ona to lubiła, tak jak lubiła dziecięctwo i młodość. Starsi mówili z nią o swoich sprawach z góry zakładając, że nie pominie ich w swoim różańcu. Ona zaś nie rozstawała się z różańcem.

Kiedy wieczorem 16 października 1978 roku przechwyciła z radia niezwykłą wiadomość, natychmiast sięgnęła po różaniec, a potem już dzień po dniu "robiła swoje" za Ojca Świętego. Wiedziała o jego pracach i podróżach, więc różańcową modlitwą wspomagała je z pełną wiarą w skuteczność. Miała swój udział razem z Matką Bożą w przygotowaniu pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Odeszła, zanim przyjechał.

Kto wie, ile łask spłynęło przez te paciorki przesuwane bezszelestnie a cierpliwie w wychudłych dłoniach i przez te prośby oraz intencje tak gorliwie szeptane wyschłymi wargami ? Na koniec wszystko rozdała, ale różaniec kazała sobie dać do trumny” (kobieta, lat 57, duże miasto „Matka Boża w moim życiu” str.221).



„...W okresie powojennym, proboszczem naszej parafii pw.Trójcy Przenajświętszej [na Kresach wschodnich] był ksiądz Jan Czarnecki. Kiedy wytyczona granica oddzieliła nas od Polski, byliśmy skazani na kultywowanie polskości jedynie w domu oraz w obrębie kościoła parafialnego. Niestety, ze strony władz sowieckich przyszedł czas represji w stosunku do Kościoła katolickiego, co oznaczało, że szykanom podlegała także ludzkość polskiej narodowości.

Ksiądz cieszył się u nas ogromnym autorytetem, dlatego gdy dowiedzieliśmy się, że w 1950 roku został aresztowany przez władze radzieckie i skazany na wieloletnią karę więzienia za działalność duszpasterską, parafia pogrążyła się jakby w żałobie. W piątym roku od uwięzienia proboszcza, któryś z parafian wysunął postulat, aby w każdej wiosce odbywała się modlitwa różańcowa w intencji uwolnienia księdza. Specyfiką tej modlitwy różańcowej był czas jej trwania, a co za tym idzie, liczba odmawianych części różańcowych. Postanowiono, że w każdej wiosce codziennie przez sześć godzin odmawiać się będzie Różaniec.

Ludzie, codziennie, przez wiele godzin odmawiający Różaniec, ze względu na różnorakie prace w gospodarstwie musieli zmieniać się, ale ciągłość modlitwy przez cały czas była zachowana. Po około roku tak intensywnej modlitwy (w 1956 roku), w święto Matki Bożej Różańcowej, ksiądz Jan Czarnecki został zwolniony z więzienia... Modlitwą różańcową wyprosiliśmy u Boga, że ci, którzy decydowali o uwięzieniu, przywrócili księdzu wolność...” (Leokadia z Głogówka „Zwycięstwo przychodzi przez Różaniec – patrz bibliografia – tam znajdziesz całość).



„Pamiętam, że był czas, kiedy sporo znajomych szło do seminarium, wtedy sporo różańców odmawiałam właśnie za nich. I zawsze pamiętałam też w modlitwie o chłopaku, od którego różaniec dostałam, choć nigdy w życiu się już nie spotkaliśmy. Mam ten różaniec do dziś - nie da się już na nim modlić, od częstego używania niektóre paciorki się wytarły i odpadły. Ale często mam przy sobie jakiś różaniec, żeby w razie potrzeby móc go komuś podarować. Może i o mnie ktoś będzie wtedy w modlitwie pamiętał ?” (wg Moniki Białkowskiej „Przewodnik Katolicki”). źródło: http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/życie-i-wiara/art,741,wielkie-prawie-nic.html

„Kiedy znajduję się w jakiejś trudnej sytuacji, lub gdy ktoś z mojego otoczenia cierpi, od razu chwytam różaniec na moim palcu i przesuwam jego malutkie ziarenka. Niejednokrotnie spotkałam się z tym, że problem, który wydawał się nie do rozwiązania, w jakiś cudowny sposób nagle się rozwiązywał. Działo się tak za sprawą małego, poświęconego kółeczka przesuwanego na palcu?” (Teresa z Warszawy „Zwycięstwo przychodzi przez Różaniec” – patrz bibliografia).



„31 stycznia 1987 roku postanowiłam, iż dzisiaj powiem rodzicom, że wychodzę za mąż za Bogdana. Mój wybrany jest rozwiedziony. Żona po wielu latach małżeństwa porzuciła go (mieli ślub kościelny). Rodzice moi szanują i lubią Bogdana. Pochodzimy z rodzin wojskowych, z tego samego najpiękniejszego miasta – Lwowa... Wpadam więc do domu, spotykam ojca i wołam: „Tato, wychodzę za mąż za Bogdana”. Mój ojciec patrzy uważnie na mnie swoimi pięknymi mądrymi oczami i wolno, spokojnym głosem mówi: „Jeżeli wyjdziesz za X. (tu pada nazwisko), progu domu nie wolno ci będzie przekroczyć”. Zaczynam się śmiać i mówię: „Tato, ty żartujesz ?”. Ojciec odpowiada: „Nie, córko, ja nie żartuję”. Wychowałaś się w rodzinie katolickiej, a skoro podepczesz przykazania Boskie, nie będziesz już moją córką”. Stoję osłupiała z wrażenia. Nie rozumiem mego ojca. Jestem przecież ukochaną jego córką i tylko ja z dzieci pozwalam sobie w czasie dyskusji mieć inne zdanie niż mój tato. A tato wtedy kiwa tylko głową i mówi: „Jak ty jeszcze mało znasz życie. Sama wiedza to nie wszystko”.

Wiem, że mój tato nigdy w życiu nie zmienił ani też nie cofnął podjętej przez siebie decyzji czy wypowiedzianego przez siebie zdania. A więc ojciec nie żartuje. Pytam: „A mama ?” Tato mówi: „Każdy odpowiada za siebie. Spytaj się mamy”. Idę do pokoju, powtarzam rozmowę z ojcem i pytam: „A ty, mamo, co mi powiesz ?”. Mama pyta: „Dziecko, czy ty musisz wychodzić za mąż ?”. Odpowiadam: „Mamo, a kto może mnie zmusić, ja wcale nie muszę, ja chcę”. Na to moja mama mówi: „Chociażby cię cały świat potępił, moje dziecko, ja się ciebie nie wyrzeknę. Będę cię nadal kochać i będę modlić się za ciebie”. I dodaje: „Widzisz, moje dziecko, jesteśmy już z ojcem starzy. Pragniemy, abyś kiedyś, kiedy już nas nie będzie na świecie, przyjęła Komunię świętą w naszej intencji. Ale kiedy wyjdziesz za mąż za Bogdana, nie będziesz mogła. Mam prośbę: czy mogłabyś z tą decyzją zaczekać trzy miesiące ?”. Śmieję się z takiej dziwnej prośby mojej mamy i mówię: „Oczywiście, mogę”.

Od tego dnia moja mama do późnych godzin nocnych modli się z różańcem w ręku. Oprócz różańca bierze do rąk swój gruby zeszyt, w którym ma przepisane z różnych modlitewników nowenny, koronki, modlitwy i modli się z niego. Czasami znużona pracą domową zasypia, a różaniec albo zeszyt wysuwają się jej z rąk, a wtedy budzi ją głos mojego ojca: Tato cały czas czuwa i cicho, aby mamy nie obudzić, mówi: „Misiu, ty śpisz. Ty się nie modlisz, ty obrażasz taką modlitwą Pana Boga. Idź już spać, jutro dokończysz”. Mama obudzona odpowiada: „Edek, nie przeszkadzaj, ja się modlę, ja muszę dokończyć” i dalej się modli. Słyszę te rozmowy rodziców i denerwuje mnie trochę ta modlitewna gorliwość mojej mamy.

Dni szybko mijają. Nim się spostrzegłam, zbliża się koniec kwietnia. Na pochodzie pierwszomajowym mam dać odpowiedź Bogdanowi. Wszyscy przyjaciele pewni są, że wyrażę zgodę. Oczekują na datę ślubu cywilnego, nawet ustalili, jakie otrzymamy prezenty, a trzeba przyznać, że są bardzo praktyczne i kosztowne. Tymczasem ja już nie jestem taka pewna swojej decyzji jak dawniej. Ostatniego, a może przedostatniego dnia kwietnia decyduję się pójść do kaplicy Wieczystej Adoracji przy kościele pw. św.Józefa w Gdańsku. Idę, wchodzę do kaplicy, klękam i wpatruję się w oblicze Matki Najświętszej. Nurtuje mnie tylko jedna myśl: „Co mam zrobić ? Jaką podjąć decyzję ?”. Klęczę i wpatruję się w oblicze Matki Najświętszej, i mówię: „Matko Najświętsza, pomóż mi”. Po jakimś czasie odwracam głowę i z uporem wpatruję się bez przerwy w Hostię Świętą, aż do bólu w oczach. Wtedy pojawia się myśl ułożona w zdania: „Jezu, Ty musisz za mnie podjąć decyzję. Ty wiesz, Jezu, że ja sama nie podejmę, ale zrobię to, co Ty mi powiesz”. I dalej klęczę i w ciszy kaplicy wpatruję się w Hostię. Nie wiem ile czasu upływa, może kilka minut, a może kilkanaście, kiedy ogarnia mnie jakieś dziwne ciepło, które dosięga serca i już wiem, jaką dam odpowiedź. Oto ona: „Ja nie wyjdę za mąż, bo jestem katoliczką. Mogę ofiarować tylko przyjaźń”.

Wiem, że to modlitwa różańcowa odmawiana codziennie i latami z wiarą i ufnością przez moich rodziców sprawiła, że poszłam do kaplicy Wieczystej Adoracji. Tam, u stóp Matki Najświętszej i Jej Syna, szukałam pomocy i otrzymałam tę pomoc.

Podając to świadectwo muszę powiedzieć, że niełatwo jest taką decyzję przekazać osobie, którą się kocha, a może jeszcze trudniej jest tej drugiej osobie przyjąć do wiadomości odmowę, pogodzić się z nią, zrozumieć. Bogdan nie chciał i nie umiał zrozumieć mojej decyzji. On chciał mieć kogoś bliskiego i dom rodzinny, a nie miał łatwego życia. Ja byłam bezradna. Nie wiedziałam, jak jemu wytłumaczyć, po prostu nie umiałam. I wtedy zaczęłam modlić się do Miłosierdzia Bożego, prosząc Pana Boga o pomoc. Musiało jednak upłynąć parę lat, by Bogdan zrozumiał moją decyzję i wybaczył. Wtedy dopiero zostaliśmy prawdziwymi przyjaciółmi”... (Barbara z Gdańska „Zwycięstwo przychodzi przez Różaniec – patrz bibliografia – tam znajdziesz całość).



„Kiedy znalazłam się w bardzo trudnej sytuacji i po ludzku nic nie mogłam uczynić, otrzymałam natchnienie, by odmawiać codziennie różaniec. Od 1986 r. odmawiałam cząstkę różańca, ale nie mogłam się zmobilizować, by odmawiać cały. Kiedy okazało się to dla mnie zbyt trudne, zaniechałam dalszych zmagań, choć ta sprawa wciąż nie dawała mi spokoju.

Tymczasem sytuacja życiowa mojej rodziny była coraz gorsza. Moja córka odeszła od Boga, a jej małżeństwo się rozpadło. W końcu porzuciła męża, zostawiając mu dziecko; z nami również zerwała kontakt. Był to dla nas straszny cios. Mój mąż się załamał. On sam stracił wiarę i przestał się modlić, ale ja powzięłam postanowienie odmawiania całego różańca. Wierzyłam, że Maryja mnie wysłucha – i nie zawiodłam się!

Odmawiam różaniec już trzeci rok i jestem szczęśliwa. Ta cudowna modlitwa wlała do mojego serca pokój i nadzieję. Jestem wdzięczna Jezusowi za cierpienia, bo to one sprawiły, że pokochałam modlitwę różańcową. Maryja nauczyła mnie – i wciąż uczy – pokory i cierpliwości. Najbardziej cieszę się z tego, że moja córka wróciła do Boga. Nawiązała z nami kontakt i teraz też codziennie odmawia cząstkę różańca. Mam nadzieję, że Maryja połączy jej rozbite małżeństwo miłością swojego Syna, bo dla Jezusa nie ma przecież nic niemożliwego.

W czerwcu obchodziliśmy z mężem 36. rocznicę ślubu. W sanktuarium w Ludźmierzu prosiłam Maryję o dobrą spowiedź dla mojego męża, bo on rzadko korzysta z tego cudownego daru – i otrzymałam to od królowej Podhala w podarunku!

„Odmawiajcie zawsze różaniec” – to słowa o. Pio, pod którymi i ja chętnie się podpisuję. Tak wielkie rzeczy uczynił mi Pan za przyczyną tej cudownej modlitwy! Już się nie lękam ataków szatana, ponieważ mam w ręku potężną broń – różaniec. Pewien rekolekcjonista w Częstochowie powiedział taką znamienną rzecz: „Kto Maryję odrzuci z rodziny, grupy modlitewnej czy też życia kapłańskiego, nie obroni się przed szatanem”. Moja córka rozpoczęła życie w małżeństwie bez Boga. Świadomie oboje z mężem przestali się modlić i, niestety, szatan miał do nich dostęp (...). Oboje przeżywali bardzo trudne chwile, ale moja modlitwa była zawsze przy nich. Maryja, dając mojej córce różaniec do ręki, przyprowadziła ją do Chrystusa” (Bernadetta „Miłujcie się” nr 1/2006).



„Nieraz bywało, że budziłem się w nocy i nie mogłam ponownie usnąć, choć bardzo tego chciałem. Męczyłem się przez kilka godzin, przewracając się z boku na bok i nic... Pewnego razu usłyszałem w „Radio Maryja”, jak pewien starszy pan, cierpiący z tego samego powodu, powiedział, iż w takich sytuacjach nie czeka na sen, ale bierze do ręki różaniec i po odmówieniu go zasypia jak dziecko. Posłuchałem jego rady i odtąd, w obliczu kłopotów ze snem, zaraz biorę różaniec i odmawiam go w intencji mojej rodziny, prosząc o różne łaski dla niej. I rzeczywiście, po skończeniu, bardzo szybko zasypiam.

Dowiedziałem się również o tym, że jeśli ktoś nagle, w środku nocy, niespodziewanie budzi się, to dzieje się tak z woli Bożej. To Bóg poleca, by Anioł Stróż obudził tego człowieka, gdyż oczekuje od niego modlitwy za kogoś, kto w danym momencie bardzo potrzebuje modlitewnego wsparcia. I wtedy przypomniało mi się, co na ten temat mówił znany na całym świecie ksiądz Kenneth J.Roberts: „Wszyscy słyszeliśmy różne opowieści takie jak ta o człowieku, który zbudził się nagle w środku nocy z silnym poczuciem zagrożenia i nagłą myślą, że musi pomodlić się za przyjaciela. Tak zrobił. Po kilku chwilach to uczucie zniknęło i zasnął z powrotem. Potem dowiedział się, że owej nocy ten przyjaciel leciał samolotem do Tokio, gdy tuż przed lądowaniem pilot natknął się na silny podmuch wiatru, który niemal spowodował utratę kontroli nad maszyną”. Kiedy więc nagle budzę się, mając świadomość Bożych oczekiwań, niezwłocznie sięgam po różaniec i zaczynam się modlić. Swoją intencję modlitewną ofiaruję właśnie za tego, nieznanego mi człowieka, którego Pan Bóg każe mi właśnie teraz osłaniać swą modlitwą, którego każe wspierać, by mu dopomóc w sytuacji, w jakiej się nagle znalazł” (Bernard z Łodzi).



„Znalazłem portmonetkę z pieniędzmi, która zgubił 13 syn sąsiada. Wyszedł ze sklepu spożywczego tuż przede mną. Portfel wypadł mu prawie za drzwiami sklepu. Podniosłem, sprawdziłem... było 150 złotych. Zatrzymam – pomyślałem – oni mają więcej niż my. Chłopiec się cofnął. Szukał... – Czy pan nie znalazł ? – spytał. Nie przyznałem się...

W jednej z katechez w Radiu Maryja, których powtórek słucham po południu, usłyszałem słowa: "Bóg chce, aby nasze życie było naznaczone miłością, która szuka dobra innych i jest gotowa służyć im z pokorą. Kochając innych Bożą miłością, możemy mieć wpływ na przemianę ich życia". Poczułem się podłym. Złodziejem. Ukradłem znalezione pieniądze, wiedząc do kogo należą. Poczułem wyrzuty sumienia, nasuwały się myśli skłaniające do oddania pieniędzy...

Ale mieliby używkę wrogowie Radia Maryja ! – pomyślałem. Zaraz krzyknęliby: Słuchacze Radia Maryja potrafią być złodziejami, co w moim przypadku byłoby prawdą. Po wieczornym Różańcu, oczywiście z Radiem Maryja, zapadło postanowienie: oddam pieniądze. Tak też uczyniłem.

Sąsiada zastałem przy pracy w ogrodzie. Opowiedziałem mu po prostu jak było... i oddałem całą należność. – Przemysław, to wielki wyczyn z twojej strony – powiedział. Pieniądz każdego kusi... ale oddać znaleziony, to nie każdy potrafi. – Wiesz co ? Gdyby nie katechezy w Radiu Maryja, to na pewno bym ci nie oddał tych pieniędzy – odrzekłem...” (Przemysław lat 40, rolnik z okolicy Gdyni – „By odnowić oblicze ziemi” nr 1/2007).



„Od kilku lat byłam w separacji z mężem i nic nie zapowiadało zmiany tego stanu. O nowennie Pompejańskiej dowiedziałam się od ks.abpa Andrzeja Dzięgi. Parę lat temu w Radio Maryja podano w ogłoszeniach, że ten właśnie arcybiskup wzywa do modlitwy za Ojczyznę „nowenną nie do odparcia”. Zastanowiłam się, co to za nowenna i dlaczego „nie do odparcia”. Znalazłam stronę internetową na temat tej modlitwy odmawianej przy parafii w Skoczowie. Postanowiłam dołączyć się do modlących się za Ojczyznę...

Początki nie były łatwe... Nie wiem, jak wtedy ta modlitwa przyczyniła się do zmiany na lepsze w naszym kraju, ale zauważyłam, że wiele łask zaczyna spływać do mojego życia osobistego. Pokochałam tę nowennę i zastanawiałam się, jakie inne intencje mogłabym Najświętszej Maryi Pannie Królowej Różańca Świętego ofiarować... Odnalazłam misjonarza, który pracował na misjach w Japonii... Pomyślałam, aby znaleźć chociażby jeszcze jedną osobę, aby wspólnie modlić się za ten kraj o nawrócenie za przyczyną Niepokalanego Serca Maryi, właśnie tą nowenną. Zaczęłyśmy w Środę Popielcową, a skończyłyśmy w Święto Miłosierdzia Bożego. Japonia była rok po straszliwym tsunami i katastrofie elektrowni atomowej... A w moim życiu osobistym drgnęło. Najpierw delikatnie i powoli, z czasem bardzo intensywnie...

Zaczęłam kolejne Nowenny Pompejańskie w intencjach, które, jak wierzę, podsuwała mi sama Niepokalana. Zawsze inne. Były one zawsze za bliźnich, w intencjach spraw dla nich bardzo trudnych. W końcu wszystko w moim życiu małżeńskim się zmieniło. Było tak jakbyśmy zaczynali. Pielgrzymka do Ziemi Świętej stała się dziękczynną. A najpiękniejsza na jakiej byłam, do Pompejów, w końcu Roku Wiary, była czuwaniem u stóp Królowej Różańca Świętego w Jej święto, z sercem pełnym wdzięczności za koniec 9-letniej separacji” (Alina Maria „Królowa Różańca Świętego” nr 1(9)/2014).



Celina, matka dwóch córek, opowiada, że kiedy mąż zostawił ją dla osiemnastolatki, dziewczynki (wówczas 12-letnia Klaudia i 10-letnia Augusta) postanowiły każdego dnia odmawiać Różaniec wraz z Radiem Maryja i łączyć się duchowo w Apelu z Jasną Górą, w intencji nawrócenia tatusia. Postanowiły, że będą to robić tak długo, aż prośba ich zostanie wysłuchana. Wtedy pomyślałam – mówi matka – „Wspaniałą mają intencję, ale jaka będzie ich wytrwałość w postanowieniu ?”.

Mijają trzy lata od momentu, jak z córkami zaczęłyśmy odmawiać Różaniec - kontynuuje. Jestem pewna, że Klaudia z Augustą dawno złamałyby postanowienie, gdyby nie Radio Maryja, które nas zawsze do tego dopingowało, każdego dnia i zawsze o tej samej godzinie. Podnosząc wczoraj słuchawkę telefonu, po długim czasie słyszę głos męża. Myślałam, że będzie się tłumaczył, gdyż ma długi w alimentach. On jednak pyta, czy przyjęłybyśmy go, bo chciałby powrócić. Odpowiedziałam: Zadzwoń jutro, zapytam jakiego zdania są córki, wiesz ile mają już lat. Byłam jednak zdziwiona ich dojrzałą odpowiedzią:

Ależ mamo, ty nas pytasz ? Oczywiście, że należy tatę przyjąć i wszystko przebaczyć. Przecież mówiłaś nam, mamo, że jesteśmy w szkole Radia Maryja, że to zobowiązuje do ewangelicznej postawy, do bycia człowiekiem. Przyjęciem taty naprawimy zerwany most miłości rodzinnej, to będzie nasz zasiew dobra, a każdym spełnionym dobrem odnawia się oblicze ziemi” („By odnowić oblicze ziemi” str.97 – patrz bibliografia).



„Nowennę Pompejańską odmawiałam kilka razy... Modliłam się w intencji nawrócenia męża, którego mocno kocham... Nowenna w tej intencji była najtrudniejsza, jaką przebyłam. Diabeł był wściekły i robił wszystko, aby mnie zniechęcić. Im goręcej się modliłam, tym mąż był gorszy dla mnie: codziennie pił, śmiał się w żywe oczy, nie widział problemu, był awanturniczy, choć nigdy go takiego nie widziałam, a nie jesteśmy ze sobą rok czy dwa. Byłam psychicznie wykończona i miałam serdecznie dość. Często w modlitwie płakałam z bezsilności. Było naprawdę źle, lecz Maryja nie zostawia nikogo samego.

Wreszcie mąż zrozumiał swoje zachowanie, przeprosił mnie i obiecał, że już nigdy taki nie będzie. Poszedł do spowiedzi. Maryja uzdrowiła go. Już się nie kłóci ze mną ani nie pije codziennie, tak jak wcześniej, pomaga mi, nie awanturuje się i jest ze mną w każdej możliwej sytuacji. Przytula mnie i jest tak, jak dawniej, jego oczy i serce są odmienione. Wiem, że bez Maryi nie byłoby tak dobrze, jak jest teraz” (Kinga „Królowa Różańca Świętego” nr 2/2015).

Różaniec symbolem mojego nawrócenia

„Już w liceum byłem osobą poszukującą. Diabeł bardzo sprytnie odwodził mnie stopniowo od wiary katolickiej, zaszczepiając we mnie zainteresowanie buddyzmem i hinduizmem. Zafascynowałem się też bioenergioterapią, nie zdając sobie sprawy, że działa tu zły duch, który lecząc nas z choroby, przywiązuje nas do siebie na długo. Z biegiem czasu stałem się tzw. wierzącym-niepraktykującym. Przestałem odczuwać potrzebę chodzenia do kościoła, nie praktykowałem Sakramentów świętych.

W styczniu 2008 roku, po długiej i ciężkiej chorobie nowotworowej, zmarła moja mama. W końcowym okresie choroby przebywała w hospicjum. Tam właśnie, towarzysząc mamie, widząc codziennie ludzi umierających, zdałem sobie sprawę jak mało warte jest ludzkie życie. Na co dzień gonimy za rzeczami, które tak naprawdę nie są nam potrzebne. Zapominamy, że nas także wkrótce może nie być na tym świecie. Świadomość tego, a zarazem bezradność wobec naszego przemijania, zatrzymała mnie w tym codziennym biegu i spowodowała przewartościowanie mojego dotychczasowego życia.

W tym momencie zaczęła działać łaska Boża wymodlona najprawdopodobniej przez moją nieżyjącą mamę i przez nieżyjącego mojego ojca chrzestnego, który był księdzem. Czułem silną modlitwę za mnie. Przemiana, która zaczęła się we mnie dokonywać, spowodowała, że zacząłem przychodzić na Mszę świętą. "Dojrzewałem" też do spowiedzi św. generalnej po ponad 25 latach Zły duch robił co mógł. Odciągał mnie, jak tylko potrafił, ale ja czułem silne działanie łaski Bożej. Wreszcie przełamałem się i ukląkłem przed konfesjonałem, odbyłem długą spowiedź zalewając się łzami. Uzupełniałem ją kilka razy. Pamiętam, że po jej zakończeniu czułem się jakbym powrócił z bardzo dalekiej podróży. Było mi tak lekko, jakby ubyło mi sporo kilogramów, jakbym zostawił za sobą ogromny ciężar.

Jeszcze przed spowiedzią doświadczyłem zaproszenia do Matki Bożej Fatimskiej. Kiedyś w pracy, na stole, znalazłem ulotkę Instytutu Ks.Piotra Skargi informującą o zamówieniu różańca. Czułem, jakby ta ulotka czekała wyraźnie na mnie. Otrzymałem piękny, oryginalny różaniec, wykonany na 90 rocznicę objawień w Fatimie. Mam go do dzisiaj i codziennie się na nim modlę. Jest dla mnie szczególnie cenny, gdyż jest także symbolem mojego powrotu do Boga i Maryi” (Tomasz Piekałkiewicz z Warszawy „Przymierze z Maryją” nr 82/2015)..



„Nowennę Pompejańską rozpoczęłam rok temu. Odtąd nie przerwanie odmawiam właśnie siódmą intencję... a najpiękniejszym prezentem dla mnie od Maryi, było nawrócenie mojego teścia. Od młodych lat, a ma już 73 lata, był słabej wiary. Nie wierzył, drwił z Boga, Kościoła i księży. Był bardzo zuchwały i krzykliwy. Gdy po śmierci żony został sam, poczułam, że chcę się za niego modlić, choć nigdy nie darzyłam go specjalną sympatią. Było mi go żal, bo nie chciałam, aby go ominęło Niebo, przeto w jego intencji odmówiłam dwie nowenny.

W tym czasie było coraz gorzej. Zaczął pić, rujnować dobytek rodzinny i zadręczać nas wszystkich. Wkrótce zachorował i osłabł. W ostatnim dniu nowenny trafił do szpitala. Wtedy postanowiłam poszukać księdza. Wiedziałam, czułam, że to jest ta okazja, gdy może on odwiedzić teścia. Udało się. Nastąpiła spowiedź, namaszczenie chorych i nawrócenie. Teść wyszedł ze szpitala zupełnie zmieniony. Złagodniał, a kiedyś popłakał się jak dziecko, mówiąc, że jest szczęśliwy iż modliłam się za niego i że mógł się nawrócić. Całą rodzina cieszy się i niedowierza, że tak się stało. Już wiem, że będę odmawiać nowennę do końca życia. Wytrwałam rok, dam radę, zwłaszcza, że odmawianie różańca sprawia mi radość, choć kiedyś ciężko było mi podejść do tej modlitwy. Mam jeszcze mnóstwo intencji, ale wiem, że zostanę wysłuchana” (Lucyna „Królowa Różańca Świętego” nr 2/2015).



„Petrus Ratajczyk – amerykański poeta, muzyk, kompozytor i śpiewak urodził się w Nowym Jorku w 1962 roku w rodzinie ze strony ojca pochodzącej z Polski. Oboje rodzice byli pobożnymi katolikami. Wszystkie pięć córek i najmłodszego jedynaka posłali do katolickich szkół. Peter od dziecka przejawiał wielki talent muzyczny i literacki, jednak nie kontynuował nauki w tym kierunku. Co więcej, przez pewien czas pracował jako śmieciarz.

Jako młody chłopak założył z przyjaciółmi zespół rockowy. Szybko zdobył popularność i wszedł do tzw. szołbiznesu muzycznego... Wtedy otworzył się dla niego świat wszelkiego rodzaju pokus. Peter bardzo szybko wpadł w złe towarzystwo. Narkotyki, alkohol i imprezy były na porządku dziennym. Trasy koncertowe po całym świecie organizowane na bazie rosnącej popularności, utrzymywały go w tym pożałowania godnym stanie. Aż w końcu utracił wiarę. Stało się to po śmierci jego ojca. Artysta nie mógł pogodzić się ze stratą i zaczął się buntować przeciwko Bogu. Miało to odzwierciedlenie także w jego twórczości. Zaczął śpiewać bluźniercze piosenki, będąc pod wpływem Charlesa Baudelaire’a.

Peter staczał się równie szybko, jak rozwijał muzyczną karierę. Zdawać by się mogło, że już nie było dla niego ratunku. Trafił do więzienia (za pobicie), do zakładu psychiatrycznego i na przymusowy odwyk. Ciągnęła się za nim najgorsza opinia awanturnika, pijaka, nazisty i komunisty. W jego świecie pozostała jednak mała opoka normalności. To matka, z którą mieszkał. Do niej powracał po światowych tournée, u niej szukał spokoju od tłumów wielbicieli. A matka modliła się. Modliła się na różańcu o nawrócenie swojego jedynego syna, który szedł na zatracenie. I stało się tak, że modlitwy zostały wysłuchane. W 2005 roku, przy łożu swojej umierającej matki, Peter Ratajczyk nawrócił się. Świat muzyczny przeżył szok. Jak to, ten wojujący ateista, bluźnierca nagle mówi we wszystkich wywiadach o powrocie do swojej katolickiej wiary ? A Peter mówił o tym głośno i ze szczegółami...

Artysta wciąż jednak zmagał się ze swoimi uzależnieniami od narkotyków i alkoholu, szukał więc pomocy w grupach AA. Jeszcze przed śmiercią zdążył nagrać ostatnią swoją płytę, wypełnioną chrześcijańskim przesłaniem i przeczuciem nadchodzącej apokalipsy... Zmarł nagle na zawał serca 14 kwietnia 2010 roku. Żył 48 lat. Świat muzyczny pogrążył się w żałobie. Ale Peter odszedł do swoich ukochanych rodziców, do matki, która z różańcem w ręku modliła się o jego nawrócenie. I do tej Matki Niebieskiej, która ulitowała się nad matką ziemską, wysłuchując jej próśb” („Stanisława Gamrat „Królowa Różańca Świętego” nr 1(9)/2014 r. – tam znajdziesz całość).



„W ubiegłym roku zrobiłem prawo jazdy i od rodziców dostałem samochód. Jako młoda osoba, wielokrotnie narażałem życie swoje i innych, przekraczając szybkość i wiele przepisów. 27 listopada 2014 roku wpadłem w poślizg i czołowo zderzyłem się z TIR-em. W jednym momencie poczułem, że moje życie być może, zbliża się do końca. To, co mogłem zrobić, to tylko wykrzyknąć imię "Jezus" prosząc Go o pomoc Samochód, którym jechałem, został całkowicie zniszczony. Obudziłem się w szpitalu.

Po kilku dniach okazało się, że nic poważnego mi się nie stało. A moja babcia powiedziała mi, że w tym czasie kiedy miałem wypadek, odmawiała [za mnie] Różaniec święty. Wiem, iż to, że żyję, zawdzięczam opiece Bożej, gdyż po ludzku, nie powinienem wyjść cało z tego wypadku” (Jakub O. Katowice „Rycerz Niepokalanej” nr 5/2015).



„Kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia wracałem od babci z Torunia do domu. Padał lekki deszcz... boczne drogi były dość śliskie. Jestem młodym kierowcą i nie mam dużego doświadczenia, dlatego jeżdżę powoli... A gdy zaczęło mnie lekko nosić po jezdni, zacząłem spontanicznie modlić się do Matki Bożej. W pewnym momencie zahamowałem, gdyż widziałem nadjeżdżającego z przeciwka TIR-a. Okazało się, że to był błąd. Mój samochód wpadł w poślizg i znalazłem się wprost pod TIR-em. Na skutek uderzenia straciłem przytomność. Obudziłem się w szpitalu. Po kilku badaniach i obserwacji, kiedy pozostawałem w szpitalu, okazało się, że oprócz kilku stłuczeń nic m i nie dolega.

Gdy w domu po kilku dniach odwiedziła mnie babcia, wyznała mi, że tamtego dnia czuła, iż powinna się za mnie modlić. Gdy wracałem od niej do domu, ona cały czas trzymała w ręku różaniec. Jestem pewien, że tylko dzięki opiece Matki Bożej wyszedłem z tego wypadku bez szwanku. Samochód, którym jechałem oddaliśmy na złom, a ja dostałem szansę na nowe życie” (Bartłomiej „Rycerz Niepokalanej” nr7-8/2016).



„Przyjechał kiedyś do nas nasz dobry znajomy. Mieszkał bardzo daleko. Aby zdążyć następnego dnia do pracy, musiał wyjechać od nas w nocy. Kiedy wyszedł z domu, okazało się, że na podwórku nie ma jego samochodu. W domu od razu zrobiło się gwarno - nerwowe zamieszanie, panika. Nie wiedziałam, co robić. Myślałam, że może powinnam wstać, pomóc w czymś, ale doszłam do wniosku, że powinnam pomagać inaczej.

Pomyślałam o różańcu. Zaczęłam w całej tej nerwówce, panice, wielkiej niewiadomej odmawiać różaniec. I co dziwne, nie prosiłam o odnalezienie samochodu, ale modliłam się o nawrócenie serc tych, którzy dokonali kradzieży, ufając mocno Maryi, że pomoże im zrozumieć, jak krzywdzą innych swoim postępowaniem. W miarę modlitwy stawałam się coraz bardziej spokojna. Minął mój gniew, niepokój. Ufałam. Wszystko powierzyłam Maryi: i samochód, i znajomego, i złodzieja. Wiedziałam, że Maryja pomoże.

Po kilku godzinach dowiedzieliśmy się, że samochód się odnalazł, a nasz znajomy będzie mógł spokojnie wrócić do domu i jechać do pracy” (A.P. http://www.maryjni.pl/modlilam-sie-o-nawrocenie,577).



„Mój mąż i syn, to nałogowi alkoholicy. Mało kto może zrozumieć cierpienie żony, a jeszcze więcej matki, kiedy jej najbliżsi piją. Chyba tylko ten zrozumie, kto ma podobną sytuację. Nieraz jestem bliska załamania. Robię wszystko, aby ich wyrwać z tej straszliwej choroby, ale jest mi bardzo trudno. Jednakże mam nadzieję, że Matka Boża uprosi miłosiernego Boga o łaskę dla tych nieszczęśliwców...

W swoim życiu już setki razy doznałam opieki Niepokalanej. Ona jest wskaźnikiem mego życia i postępowania na każdy dzień. Czasami, gdy nie mam kogo się poradzić w niektórych sprawach, zwracam się z wiarą do Matki Bożej... A kiedy tracę już nadzieję, wtedy Matka Boża daje mi za przykład świętą Monikę, która niemal całe swoje życie modliła się o wiarę i nawrócenie męża i syna, aby uratować ich od zguby wiecznej.

Modlę się podtrzymana na duchu tą głęboką wiarą i nadzieją, a tą modlitwą jest Różaniec oraz jak najczęstsze przystępowanie do sakramentów świętych. Z różańcem to prawie się nie rozstaję. Zapytacie mnie, kiedy mam na to czas ? Otóż Różaniec odmawiam kiedy idę do sklepu, do kościoła, do pracy czy z powrotem. Najciężej było mi odmówić go, kiedy stałam w kolejce. Zwyczaj odmawiania Różańca odziedziczyłam po swojej mamie... Zachęcam wszystkie matki: niech różaniec nie wypada z waszych rąk, bo „w Różańcu trzeźwości jest siła” (Stała czytelniczka „Rycerza” „Rycerz Niepokalanej” nr 6/1985).



„Oboje z mężem pochodzimy z normalnych, ale niebogatych rodzin. Rozpoczynając wspólne życie zawarliśmy tylko (wymagany wtedy) cywilny związek małżeński, czyniąc tak „z rozsądku”, aby zmniejszyć koszty. Ślub kościelny planowaliśmy za jakiś czas, kiedy już finansowo mocniej staniemy na nogi. Ale to były złudne plany, gdyż owszem, zawarliśmy sakramentalny związek małżeński, ale dopiero po upływie 16 lat. nie mieliśmy żadnego wsparcia materialnego, toteż musieliśmy liczyć na swoje własne siły. I tak zaczęliśmy to wspólne życie bez błogosławieństwa Bożego...

Ponieważ nie mogliśmy liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony naszych rodzin, od początku pracowaliśmy więcej niż na „pełnych obrotach”. Wkrótce przyszło na świat jedno, a potem drugie dziecko, więc tym bardziej dokładaliśmy starań, oszczędzaliśmy, odmawialiśmy sobie niemal wszystkiego, by nasze dzieci miały lepszy byt i lepszy start życiowy. W trakcie tych starań, obok pracy zasadniczej i nierzadko różnych innych dodatkowych prac, doszły jeszcze moje studia wieczorowe, tak że podjęte obowiązki często nas przerastały. Z powodu ustawicznego braku czasu zaniechane zostały wszelkie praktyki religijne. W niedziele wykonywaliśmy zaległe prace domowe, na które brakowało czasu w powszednie dni tygodnia, a do kościoła chodziliśmy przeważnie tylko w święta.

Dzieci kochaliśmy nad życie i byliśmy gotowi dla nich podjąć każdy trud i każde wyrzeczenie. Zwłaszcza ja nieraz mówiłam, że „do moich dzieci mogę iść na kolanach, mogę w zębach nieść to, co mam im do zaniesienia - i nie będzie mi ani za ciężko, ani za daleko”... Dbaliśmy o ich wszechstronny rozwój, a kiedy dorosły, usamodzielniliśmy je i doposażyli w najlepszy sposób, na jaki było nas stać. Potem przez lata pomagaliśmy i nadal w miarę potrzeby pomagamy materialnie, ale przede wszystkim świadczyliśmy im swoją pomoc w opiece nad wnukami... Wydawałoby się, że wszystko jest w porządku, bo nawet w oczach ludzi jesteśmy bardzo przykładną rodziną, nieraz stawianą za wzór. Nasze dzieci wyrosły bowiem na dobrych, prawych, uczciwych ludzi; takich, którzy nikomu nie robią krzywdy, a przy tym na tak bardzo pracowitych jak my. Także dla nas, rodziców, są bardzo, bardzo dobre. Ale „w tej beczce miodu jest także łyżka dziegciu”, bo ja to wiem najlepiej, że zupełnie odeszły od Boga i żyją tak, jakby Boga nie było...

Mimo, iż były wychowane w świadomości Boga, mimo, iż otrzymaliśmy podziękowanie od siostry-katechetki „za bardzo dobre religijne wychowanie dziecka”, to wszystko „gdzieś” przepadło. Dzisiaj już wiem, że całe zło powstało w naszym domu ! Nadmierna praca, ciągłe doskonalenie zawodowe i nawał obowiązków sprawiły, że Bóg był u nas tylko w teorii, stąd, cieniutka, powierzchowna wiara, szybko „wytarła się”.

Kiedy dzieci dorastały, lekcje religii odbywały się w salkach katechetycznych przy kościołach, tak więc, przed Pierwszą Komunią świętą i przez pewien czas po niej, na religię zawoziła je moja mama. Ale i one nie chodziły do kościoła. Bałam się wysłać je bez opieki, bo trzeba było dojeżdżać tramwajem i wysiadać na dużym, bardzo ruchliwym skrzyżowaniu, gdzie znajdował się kościół. Słyszałam o wypadkach drogowych jakie tam miały miejsce z udziałem dzieci wychodzących z kościoła i stąd moje obawy. Nic więc dziwnego, że kiedy były w szkole średniej, na religię już nie uczęszczały, a mając głowy wypełnione rozmaitymi „naukowymi” teoriami przeczącymi istnieniu Boga, zaczęły wyraźnie oddalać się od Niego.

Bardzo mnie to niepokoiło, próbowałam więc rozmawiać z nimi o tym, lecz bezskutecznie, bo każda rozmowa przeradzała się w sprzeczkę. Nie mogąc porozumieć się - wzorem świętego Pawła - zaczęłam pisać do nich listy - przez kalkę, żeby każde miało swój własny list i żeby były taki sam, gdyż ogromną wagę przykładaliśmy do jednakowego traktowania naszych dzieci. W swoich listach przedstawiałam poważne argumenty filozofów i naukowców katolickich; starałam się podważać bluźniercze teorie; starałam się przytaczać przykłady ówczesnych autorytetów, które nie kryły swojej wiary, a także świadectwa osób znanych im (również z rodziny), które nawróciły się... Momentami widziałam „przebłyski” zbliżania się do Boga, ale tak naprawdę, nic się nie zmieniało, go gdy dorosły, stworzyły domy, w których Bóg nie ma miejsca. Wejście w związki z osobami bezbożnymi, przebywanie w całkowicie zlaicyzowanych środowiskach, złe zainteresowania, nie mające z Bogiem nic wspólnego; złe książki, w których się zaczytują, złe filmy, które oglądają, internet, gry komputerowe, prasa antyklerykalna, moda na liberalizm i „luz” – zrobiły swoje, niszcząc moje dzieci i dalej, drogą sukcesji, także - ich własne dzieci. I tak, to złe dziedzictwo obejmuje kolejne pokolenia.

Na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy już oboje z mężem chodziliśmy do kościoła i modliliśmy się w domu - do naszego miasta dotarł głos „Radia Maryja”. Wtedy zaczęłam razem z radiem odmawiać Różaniec, z prośbą o wiarę dla naszych dzieci. Pewnego razu usłyszałam, jak jedna ze słuchaczek doradzała, aby w przypadku dzieci sprawiających trudności, codziennie odmawiać za nie część bolesną Różańca świętego. Natychmiast zastosowałam się do tej rady, ofiarowując swoją modlitwę w intencji powrotu do Boga naszych dzieci i religijnego wychowania wnuków, które wtedy już były na świecie. W tej intencji zamawiałam też Msze święte. Przez ponad rok w środy i w piątki pościłam o chlebie i wodzie, jednak z powodu zdrowia musiałam odstąpić od tego.

Kiedy wnuki przebywały u nas, odmawiałam z nimi pacierz poranny, a wieczorem na klęczkach modliliśmy się wszyscy razem. Poza tym, kupowałam im dziecięce książki o tematyce religijnej, kasety z piosenkami religijnymi dla dzieci; kupiłam komplet ośmiu kaset odpowiednich dla ich wieku, z pięknie nagranymi fragmentami Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu czytanymi przez aktorów. A kiedy jeździłam opiekować się nimi, pod nieobecność rodziców włączałam je do dziesiątki południowego Różańca, który odmawiałam z radiem, albo wspólnie, także z radiem, odmawialiśmy koronkę do Miłosierdzia Bożego. Ale z moich zabiegów dziś nic nie pozostało...

Aby przebłagać Boga za moje zaniedbania w religijnym wychowaniu dzieci, aby zadośćuczynić, aby wynagrodzić za straszliwe skutki tych zaniedbań - jeszcze w latach osiemdziesiątych zaczęłam podejmować (i nadal kontynuuję) różne inicjatywy mające na celu pomóc innym ludziom zbliżyć się do Boga i zapobiec popełnieniu takich błędów, jaki my oboje z mężem popełniliśmy wychowując swoje dzieci. Lecz, przede wszystkim - nieustannie modlę się za nie na różańcu. Ile to już lat ? Pewnie dobiega już trzydziestka !!! Ale tak, za przykładem świętej Moniki, modlą się matki...

Zaczynam raniuteńko, gdy wszyscy jeszcze śpią, od odmówienia Różańca świętego z egzorcyzmami, aby osłonić wszystkich moich najbliższych przed działaniem mocy zła i polecić ich pod opiekę Tej, która depcze głowę szatana. Potem odmawiam Różaniec w intencji ich nawrócenia i całkowitej przemiany duchowej. Od pewnego czasu część bolesną Różańca zamieniłam na Różaniec do Siedmiu Boleści Matki Bożej, w którym ja, matka bolejąca nad bezbożnością swoich ukochanych, łączę się z Jej boleściami, ufając, że Ona najlepiej wie, co to jest ból matczyny. I chociaż moje boleści wobec tych, których Maryja doświadczyła, są nieporównanie mniejsze, ale za to – są straszne, bo wywołuje je niepokój o wieczność mych najbliższych; bo na dzień dzisiejszy wszyscy oni, bez wyjątku, kroczą ku wiecznej zagładzie. Na koniec uzupełniam jeszcze Różańcem (koronką) do Łez Najświętszej Maryi Panny, bo i ja nie jeden raz wylewałam łzy z powodu swoich dzieci. Różaniec ten szczególnie polecany jest w intencji nawrócenia grzeszników, a zwłaszcza opętanych przez szatana.

Bogu dzięki, że w tej dramatycznej sytuacji mam wielką wiarę i ufność w to, iż Bóg, który na wszystko ma swój czas, kiedyś, w stosownej chwili, wysłucha także mnie; że ulituje się nade mną, jak to uczynił dla Moniki, matki świętego Augustyna, który przez długie lata był taki, jak moje dzieci. „Matko – powiedział do niej biskup, święty Ambroży - jestem pewien, że syn tylu łez musi powrócić do Boga”. I wkrótce tak się stało. Tak też i ja ufam Bogu, że pozwoli mi doczekać szczęśliwego dnia, kiedy ujrzę swych najbliższych przed ołtarzem Pana...

Kolejny Różaniec w ciągu dnia, najczęściej odmawiam przy pracy, razem z Radiem Maryja, ofiarując go za Ojczyznę w ramach Krucjaty Różańcowej. Błagam w modlitwie, aby Naród nasz stał się narodem prawdziwie wierzącym, przykładnym, jako naród katolicki - dla całego świata; takim narodem, w którym Bóg będzie miał swoje upodobanie. I tak, codziennie, już od lat, mimo nawału obowiązków domowych, rodzinnych, społecznych... oplatam swym różańcem, wszystko, co najważniejsze. Wiem, że moja modlitwa jest nadzwyczaj „lichutka”, gdyż modlę się samotnie. Może więc jakaś dobra dusza zechciałaby mnie wesprzeć w błaganiach za najbliższych ?

Piszę to świadectwo ku przestrodze dla innych rodziców wychowujących dzieci, aby zrozumieli jak małe zaniedbania mogą wywołać straszne skutki. To tak, jak w wychowaniu dzieci. Jeśli nie dopilnuje się ich przez kilkanaście lat, można zapewnić sobie kłopoty i zmartwienia na całą resztę życia. – Wszak my, z pozoru, nic złego nie zrobiliśmy. Dbaliśmy o dzieci, kochaliśmy je, troszczyliśmy się o ich przyszłość, a nasz dom nie był całkiem bezbożny ! Myśmy „tylko” nie chodzili w niedziele do kościoła, nie uczestniczyli w sakramentach pokuty i Najświętszej Eucharystii. My „tylko” nie modliliśmy się w domu. „TYLKO !!!”... Tylko nie dostrzegliśmy tego, że taka wiara jest obłudna, bo nie ma przełożenia na czyny; że my, jako rodzice, w tym względzie nie tylko nie jesteśmy dobrym, ale wręcz złym przykładem... I kto by się spodziewał takich straszliwych skutków ! Chcieliśmy dla naszych dzieci wszystkiego, co najlepsze, tymczasem takie, drobne z pozoru zaniedbania, przyniosły to, co jest najgorsze na tym świecie” (Matka żałosna z Wrocławia).



„...Minęły lata szkolne. Zaczęło się dorosłe życie. Wyszłam za mąż. W drugim roku małżeństwa urodził się syn _Grzegorz, a dwa lata później oczekiwałam następnego dziecka. Ale to drugie nie miało być tak upragnione przez ojca jak pierwsze. Dorosły człowiek uświadomił sobie, że dziecko to nie zabawka i wszelkimi siłami starał się uwolnić od odpowiedzialności, która wiąże się z ojcostwem. Było mi bardzo przykro, bo dziecko właściwie już przed urodzeniem się było skazane na sieroctwo ze strony ojca. 30 czerwca 1966 roku urodziło się moje małe, nieporadne, nie podejrzewając nawet tego, że niektóre oczy będą patrzyły na nie wrogo. Otrzymało imię Wojciech.

Po odchuchaniu przyniesiono mi je do pierwszego karmienia. I wtedy - o Boże - do dzisiaj dziękuję Ci za tę chwilę; wtedy szybko przyszła mi do głowy myśl - zbawienna myśl. Wyszeptałam więc do uszka małemu: „Synku, nie martw się, jest Ktoś, Kto cię przyjmie na pewno. W Roku Milenijnym Matka Boża jest szczególnie łaskawa”. Ze łzami w oczach razem z moją małą kruszynką mówiłam: „Panno Święta, co Jasnej bronisz Góry...” a następnie: „Pod Twoją obronę uciekamy się...”. Prosiłam Maryję Jasnogórską, by była łaskawa otoczyć to dziecko opieką i prowadzić je drogą, którą Ona _ Maryja _ zechce uznać za najlepszą. Ja będę posłuszna wszystkiemu i wypełnię wolę Bożą.

To była nasza pierwsza wspólna modlitwa. I nie wiem, czy kiedykolwiek przedtem, a chyba i potem potrafiłam się tak modlitewnie unieść, tak zapamiętać, tak modlić gorąco, a jednak bardzo prosto. Gdy sięgam myślami do tamtych dni, to próbuję czerpać wzór do modlitwy. Wiem, że nie potrzeba wielkich słów, trzeba tylko bezgranicznie zawierzyć.

Moje małe rosło, rozwijało się, było cichutkie, grzeczne, zdawało się po prostu przepraszać, że żyje. Serce się radowało, że nawet w trakcie zabawy potrafiło oderwać się od gromadki rówieśników, wpaść do domu, zaszyć się w kąciku, złożyć rączki i pozostać w modlitewnej zadumie. Często się zdarzało, że rozdokazywane dzieciaki wpadały do domu w poszukiwaniu mojego małego, a ja kładłam palec na ustach i dawałam znaki, że teraz Wojtuś się modli.

Pewnego dnia poprosił mnie, abym nauczyła go modlić się na różańcu. Odtąd Różaniec maryjny stał się jego pierwszą modlitwą. Nosił i nosi go ciągle przy sobie. W wolnych chwilach zawsze wymyka się do kościoła - szczególnie, kiedy kościół był prawie pusty - i tam w ciszy rozważał tajemnice Różańca. Dwa lata temu, po jego powrocie z oazy, dowiedziałam się, że z radością odkrył - zapisał to w swoim dzienniczku - iż potrafi modlić się własnymi myślami i taką modlitwę najbardziej lubi...

W ósmej klasie Wojtek wyjawił mi, że pragnie poświęcić się życiu zakonnemu, chce służyć Niepokalanej. Powiedział, że tym wybranym miejscem będzie Niepokalanów. Sam napisał list do Ojca Rektora... Na kilka dni przed egzaminem wstępnym do seminarium powiedziałam mu, jaki dar otrzymał w dniu urodzin - Najwspanialszą Matkę - Maryję i Matce Bożej winien jest serdeczne podziękowanie. Ze łzami w oczach przyjął przygotowane kwiaty, wziął różaniec i pobiegł do Maryi. Podziękował najpiękniej, jak tylko potrafił. W ostatnim okresie jego myśli były przepełnione pragnieniem zdobycia serduszka. Nieśmiało zapytał mnie: „Mamo, czy gdybym poprosił, to kupisz mi serduszko ?”. Radośnie zabłysły mu oczy, gdy spełniłam jego prośbę. Jego tajemnicą jest, gdzie to serduszko zawiśnie. Domyślam się, że otrzyma je w podzięce Matka Jasnogórska...” (Matka Wojtka „Rycerz Niepokalanej” nr4/1985 – tam znajdziesz całość).

W różańcu jest siła

„Wszystko, co się wydarzyło w jego życiu, uważa za wielki Boży cud. Niemała w tym rola Różańca.

Dzieciństwo Marka Chrzanowskiego było naznaczone cierpieniem i łzami jego najbliższych. Przez kilka lat drugim domem stały się dla niego szpitale, kliniki, przychodnie. Nic nie wskazywało, że w przyszłości może zostać księdzem.

Sobie krzyż

Kiedy się rodził, miał wylew krwi do mózgu. Przez kilka miesięcy trwała walka o życie dziecka. Mama jednak mocno wierzyła, że Bóg uzdrowi jej syna. Wielokrotnie oblewała łzami paciorki różańca, który bezustannie trzymała w dłoniach. Marek przeżył, ale skutkiem wylewu był paraliż prawej ręki i nogi oraz ciężka choroba oczu. Prawie nie widział i nie chodził. Mimo długiego leczenia i wielu diagnoz lekarze nie potrafili pomóc i bezradnie rozkładali ręce. Ksiądz Marek do dziś pamięta, jak rozpoznawał bliskich po dotyku, barwie głosu. Jednak w tym trudnym okresie było coś pięknego: ogromna wiara i gorliwa modlitwa mojej rodziny - mówi. - Ani przez chwilę nie przestawali ufać, że Bóg może wszystko. Rodzice często zamawiali Msze Święte, bezustannie towarzyszyła im również modlitwa różańcowa. I w końcu zdarzył się cud: znalazł się lekarz, który podjął się operacji. Marek przeszedł pięć zabiegów chirurgicznych, po których zaczął widzieć. Z kolei długotrwała rehabilitacja spowodowała, że zaczął samodzielnie się poruszać. - Mogłem przecież jeździć na wózku inwalidzkim z białą laską w dłoni, nie widzieć nieba ani ziemi, ani ludzkich twarzy. To, co się dokonało, jest dla mnie wielką łaską, za którą nie przestaję Bogu dziękować - podkreśla ks. Marek.

Bogu siebie

Pan Bóg postawił go przed kolejną próbą. Przed maturą pojechał z liceum ekonomicznego na Jasną Górę i długo modlił się przed Cudownym Obrazem. Wtedy po raz pierwszy usłyszał głos powołania. Od tego momentu rozpoczęło się poszukiwanie seminarium. Zapukał do wielu drzwi, bo ze względu na stan zdrowia odmawiano mu. - Pamiętam, jak poszedłem do krzyża i zawołałem całym sercem: "Jezu! Oddaję Ci z powrotem mój wzrok i nogi, tylko spraw, żebym mógł być Twoim kapłanem! - wspomina ks. Marek.

Spotkał w tamtym czasie bp. Władysława Miziołka, który ofiarował mu mały, prosty, drewniany różaniec, zaznaczając, że jeśli będzie go codziennie odmawiać, zostanie księdzem. Z iskrą nadziei w sercu Marek udał się do dwudziestego piątego z kolei seminarium - do orionistów. Tam usłyszał: "Ksiądz Orione by cię przyjął". Rozpoczął nowicjat, a potem studia. W1988 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Na obrazku prymicyjnym napisał: "Bogu - siebie, ludziom - miłość, sobie - krzyż". Po drodze krzyżowej w jego życiu nastąpił poranek zmartwychwstania.

Ludziom miłość

Posługę kapłańską ks. Marek rozumie jako dawanie Chrystusowej miłości ludziom. Chce ją nieść przede wszystkim chorym, niepełnosprawnym i samotnym podczas rekolekcji, m.in. w Łaźniewie i Brańszczyku. Przez wiele lat był wice-prowincjałem, a także dyrektorem Domu Misyjnego w Zduńskiej Woli. Teraz posługuje w Centrum Duchowości Oriońskiej, głosząc rekolekcje i przybliżając charyzmat ks. Alojzego Orione. Od trzech lat opiekuje się duchowo Instytutem Życia Konsekrowanego dla dziewcząt i kobiet. Jest również poetą. Wiersze pisał już w liceum, ale zawsze odkładał je do szuflady. - Modlę się, żeby to, co wychodzi spod mojego pióra, było zawsze prawdziwe i przybliżało serca ludzi do miłości Boga - mówi ks. Marek. W swoich utworach dzieli się przemyśleniami o życiu, o cierpieniu, osamotnieniu, ale też radości i szczęściu. Wydał siedem tomików, które cieszą się dużym zainteresowaniem. Swoją poezją dzieli się również na wieczorkach poetyckich. Towarzyszy mu zespół wokalno-instrumentalny, który komponuje muzykę do jego wierszy. - Czas bycia z poezją wydaje się oazą spokoju i normalności we współczesnym zwariowanym świecie - zaznacza. I wspomina ze wzruszeniem, że tomiki jego poezji trzymał w dłoniach Jan Paweł II” (Ewelina Steczkowska „Idziemy” 10 X 2010).



„Chciałbym „rozprawić się z mitem, że Różaniec święty to modlitwa babć przez nie i dla nich wymyślona. Nigdy nie bagatelizuję siły modlitwy najstarszego pokolenia katoliczek, wierzę, że sam swą wolność, swoje nawrócenie zawdzięczam wiernej modlitwie różańcowej mojej babci Marysi...” („Egzorcysta” nr 10/2013) – wyznał kiedyś Rafał Porzeziński – dziennikarz, producent telewizyjny, wydawca audiobooków, współwłaściciel jednego z wydawnictw, szczęśliwy mąż i ojciec, a do tego świecki rekolekcjonista, który przez pewien czas w swym życiu szedł na zatracenie. A oto fragment jego opowieści u upadku i o powstaniu z niego, w czym bardzo wielką rolę odegrał właśnie Różaniec jako modlitwa wstawiennicza:

„...Dosyć wcześnie wyprowadziłem się z domu, w okolicach progu pełnoletniości. Wychowałem się we wzorcowo pobożnej katolickiej rodzinie. Niczego mi nie brakowało, wszystko miałem, łącznie z obfitą miłością, poza jednym: nie było wymagań. Niestety, w zasadzie mogłem robić wszystko. I szybko uzależniłem się głęboko od hazardu. Grałem we wszystko, wszędzie i o każdej porze, przegrywając niewyobrażalne pieniądze. I te przegrywane pieniądze, które generowały ogromne kłopoty, to i tak był najmniejszy problem. Najdotkliwiej odczuwałem "przegrywanie" relacji, łamanie swej godności przez kłamstwa, kradzieże; ja przegrywałem siebie.

Doszło do tego, że nie byłem w stanie spokojnie spojrzeć sobie w oczy... A proces uzależnienia postępował. W zasadzie każdą wolną chwilę spędzałem albo na graniu, albo na kombinowaniu, jak zdobyć środki na granie. I tylko to mnie napędzało do życia. Plus używki. Ludzie, których spotykałem na co dzień, byli w moich oczach bankomatami, a nie żywymi istotami; wszyscy oni stanowili jedynie grono potencjalnych dostarczycieli gotówki. Oczywiście, wmawiałem sobie przy tym, że ja nie gram, ja tylko inwestuję żeby wygrać i wreszcie pospłacać wszystkie długi, uszczęśliwić cały świat, nakarmić głodujących w Etiopii. Tylko, że to nijak miało się do tego, co w życiu robiłem... Pracowałem wówczas w radiu, współpracowałem z telewizją, markowałem studia na UW, prowadziłem eventy i świetne balangi; pozornie wszystko się układało, miałem dobrą robotę, spory krąg znajomych, z których wielu ciągle mi ufało. Nie osiągnąłem wcale spektakularnego dna. Nadal miałem od kogo pożyczać, żeby spłacać długi. Ale kiedy ten krańcowy moment nadszedł, byłem już tak zmęczony sobą, tym życiem, łącznie z myślami samobójczymi, że po prostu zawyłem, jak to czasem nazywam. To był moment, w którym zrozumiałem, że moje życie – to realne życie, na które czekam cały czas – tak naprawdę już się zaczęło. Doszło do mnie, że ono już trwa, że nie będzie innego...

"Ja nie chcę już tak dalej żyć. To nie ma najmniejszego sensu". Ta myśl przyszła w środku nocy, zacząłem krzyczeć, wyć właśnie do Pana Boga, jak mógł mnie zostawić i doprowadzić do tego, że jestem w takiej sytuacji... Była to po prostu tęsknota za normalnym życiem, za dawnym sobą, za tym, żeby móc spokojnie spojrzeć w oczy mamie podczas wigilii, żeby ciągle nie widzieć tego jej smutnego wzroku, który krzyczy do mnie w ciszy... I On mi odpowiedział. To mi się w głowie nie mieści, ale tak właśnie się stało. Bo Bóg odpowiedział dosłownie. Słyszałem Go, tak jak teraz słyszę ciebie. W swoim wnętrzu, wyraźny, donośny głos, który powiedział mi, że tak naprawdę się o mnie troszczy. Zapytałem: "To dlaczego do mnie nie mówisz, Boże ?". Odpowiedział: "Kiedy mówię, nie słuchasz". I faktycznie tak było. Mówił do mnie choćby przez historie znajomych, przez płyty, które dostawałem, przez różne wydarzenia mojego życia, przez rodzinę. Tamtej nocy stało się pierwsze z tych licznych nawróceń, które na mnie czekały...

- Z pewnością w całym ciele czułem bardzo duże wzruszenie, a zmysł słuchu, serce, umysł ewidentnie zostały nakarmione słowami Bożymi. Tylko że kiedy zacząłem potem sam się modlić, odmawiając "Ojcze nasz", okazało się, że to wcale nie jest modlitwa, pod którą chcę się podpisać. Bo wszystko robię jakby wbrew tej modlitwie. Ani nie traktuję Go jako Ojca, ani jako naszego, co najwyżej mojego, ale też nie Ojca, a raczej kumpla. A dalej było coraz gorzej: "Bądź wola Twoja" w ogóle nie wchodziła w grę; "Chleba naszego powszedniego" – w żadnym wypadku ! Ja chciałem mieć kupę forsy, manna na jeden dzień mnie w ogóle nie interesowała, już nie mówiąc o odpuszczeniu grzechów winowajcom.

- Po tej nocy, kiedy wyrzekłem się i narkotyków, i wszystkich tych chorych zachowań, przede wszystkim hazardu, Pan Bóg przyszedł z pomocą totalną. I jak ręką odjął. Wszystko działo się niemal bez wysiłku, potem były sakramenty, powrót do Kościoła, neokatechumenat, wspaniała, wymodlona żona, nowe środowisko – wszelkie stare, złe znajomości, nawet bez mojego starania, tylko poprzez fakty wypaliły się. Jakby ktoś mnie przeszczepił na jakąś zupełnie inną glebę. A potem odkryłem program dwunastu kroków dla uzależnionych – niesamowite Boże dzieło, które w sposób nieprawdopodobny dobiera się zawsze do tego, kim jesteśmy...

[Teraz, po kilkunastu latach], prowadzę te warsztaty nie tylko dla narkomanów, hazardzistów, alkoholików, ale także dla faryzeuszy właśnie, dla "praktykujących niewierzących", dla tych, którzy nie widzą swojego grzechu. Dla tych, którzy po prostu cierpią, nie wiedząc, co w ich życiu jest nie tak. A to zawsze oznacza, że to nie Pan Bóg w nich żyje, tylko ciągle żyją sami... To jest potrzebne dla zabicia w sobie tego starego człowieka z pomocą Boga, oczywiście, nie o własnych siłach, bo tak się nie da...Dla mnie fundamentalne jest to, czy wróciłeś do sakramentów. Jeśli tak, to zaczynasz się nawracać... Ale nic na siłę. Pan Bóg nigdy nie zrobi z ciebie niewolnika i nie przyjmie niczego, czego naprawdę nie chcesz oddać...”

„Ja jestem pewien – powiedział na koniec - że ten mój powrót do Kościoła został właśnie wymodlony wielokrotnym Różańcem odmawianym przez mamę, babcię, siostrę, moją przyszłą żonę, która modliła się o dobrego męża nim mnie poznała. Pewnie bez tego wielokrotnie bardziej bym się nacierpiał... Dlatego musimy modlić się za tych wszystkich oddalonych, upadłych, letnich, pogubionych – bo przecież nawrócenie jest dla każdego, tak samo dostępne dla wszystkich” („Przewodnik katolicki” nr 51/2014 „Dwanaście kroków po ruchomych schodach”)...



„Wzrastałam w normalnej katolickiej rodzinie i zgodnie z tradycją przyjmowałam sakramenty Kościoła. Będąc młodą dziewczyną, szukałam kontaktu z Bogiem, lubiłam się modlić, czytać Pismo Święte, lubiłam też śpiewać pieśni religijne. To zachwycenie i miłość do Jezusa wzrastało coraz mocniej, aż pewnego dnia wstąpiłam do grupy modlitewnej. Jednak zanim to nastąpiło, musiałam przejść trudną drogę...

Byłam dziewięcioletnim dzieckiem, kiedy moja rodzina przeprowadziła się z Polski do Niemiec. Poznałam całkiem inny świat, który, niestety, mnie przerastał, ale też w jakiś sposób zachwycał. Dzisiaj wiem, że był to zachwyt wynikający z materializmu, który ludzi mieszkających tutaj, odciąga od Boga. Wtedy myślałam sobie, że jeśli pozostanę taką prostą, jak jestem, to nie zostanę zaakceptowana przez moje koleżanki, a co gorsza, mogę być wyśmiana. Chcąc to zmienić, poprosiłam jedną z dziewczyn, aby nauczyła mnie przekleństw, jakich się używa w Niemczech, po to, aby być na topie i abym mogła z łatwością odpowiadać na zaczepki.

Bardzo szybko dano mi do zrozumienia, że jeśli pozostanę miła, dzielna, grzeczna – słowem – dobrze wychowana, nie zostanę przyjęta do „paczki”. Od tego momentu rozpoczęła się walka o mój wygląd zewnętrzny. Chciałam mieć piękne ciało. Moje życie skoncentrowało się na dbaniu o figurę i dla mego ciała mogłam zrobić wszystko. Im bardziej zwracałam uwagę na moją fizyczność, tym dalej byłam od Boga.

Na początku tego nie zauważałam, jednak kiedy dopadała mnie samotność i wokół była cisza, tęskniłam za Bogiem. Szukałam miłości... Ulokowałam ją w chłopaku, który odrzucił moje uczucie. Zostałam mocno zraniona i załamała się moja wizja świata. Od tego wydarzenia nie potrafiłam nikomu zaufać ani pokochać. Chciałam się zemścić i doprowadzić innych do tego, co ja czułam. Chciałam, aby i oni zaznali smaku pogardy i odrzucenia.

Otoczyłam się murem, przez który nie przedostawały się żadne uczucia, ani z zewnątrz, ani na zewnątrz. Moje życie traciło sens i doprowadziło do chęci ofiarowania się szatanowi, jeśli tylko zapewni mi karierę modelki. Kiedy to się nie powiodło, wpadłam w wir zabawy, „imprez” i dyskotek. Poznałam smak alkoholu i... narkotyków. A wszystko po to, aby stać się szczęśliwą i stłumić wydobywające się z mojego serca błaganie o miłość. W takim stanie dotarłam do Medjugorie, gdzie chciałam spróbować „ustawić się” raz jeszcze na Boga. Jednakże po powrocie do domu, nie umiałam utrzymać przesłania Maryi. Prosiła mnie Ona o Różaniec, spowiedź, post, czytanie Biblii, codzienną Eucharystię. To mnie przerosło i szybko powróciłam do wcześniejszego stylu życia.

Prawdziwe nawrócenie przeżyłam w 1997 roku, kiedy z grupą „Totus Tuus”, liczącą sobie 120 młodych ludzi, kolejny raz udałam się do Medjugorie. Wtedy poznałam osoby, które były szczęśliwe i potrafiły w pełni realizować wszystko to, o co prosi nas Matka Boża. Po powrocie cały czas utrzymywałam kontakt z tymi ludźmi i w ten sposób małymi kroczkami – dzień po dniu – przybliżyłam się do Boga. Niedawno odbyłam kolejną pielgrzymkę do Medjugorie i teraz widzę, że nauczyłam się stawiać Jezusa na pierwszym miejscu. Na co dzień doświadczam radości, wolności i miłości Bożej. Żyję, jako dziecko Boga, w wolności, która nie jest łatwa w dzisiejszym świecie, ale za to daje prawdziwą radość i siłę. Dzisiaj Jezus jest dla mnie wszystkim, jest moim Oswobodzicielem, Źródłem i Życiem.

Chcę zwrócić uwagę rodzicom, aby byli zawsze uważni na swoje dzieci i modlili się za nie na różańcu. Wiem, że moje nawrócenie nie byłoby możliwe, gdyby nie cierpliwa i ufna modlitwa moich Rodziców. Bardzo im za to dziękuję” (Justyna z Munster „Miłujcie się” nr 1-2/2001).



„W czasach PRL-u moi partyjni rodzice nie uczęszczali do kościoła... W 1993 roku mama zachorowała na nowotwór kości. Leżała i cierpiała przez półtora roku, a my jeszcze bardziej, patrząc na jej uśmiech przez ból. Do samego końca mama pozostała w domu. Było to możliwe dzięki temu, że dobrzy ludzie sami przychodzili z pomocą. Ktoś wtedy podarował rodzicom radioodbiornik, na którym można było odbierać Radio Maryja. Bardzo często – gdy tylko to było możliwe – grało u mamy w pokoju. Pragnę dodać, że moi rodzice wrócili do Boga – a była to chyba łaska wyproszona u Boga przez wiele Różańców odmówionych przez moją śp.babcię...” (Słuchaczka z Warszawy „To nie był przypadek” jw. – tam znajdziesz całość).

Radio Maryja wniosło ogrom dobra do naszej rodziny. Stało się naszym domowym Kościołem: w nasze życie rodzinne wprowadziliśmy codzienny wieczorny Różaniec, dogłębniej poznaliśmy katechizm religii katolickiej. Staliśmy się bardziej otwarci na potrzeby naszych bliźnich, dzieląc się z nimi różnorodnym dobrem. Zaczęliśmy więcej modlić się za papieża Polaka Jana Pawła II, od dwunastu lat włączając go do modlitwy różańcowej...” (Kazimiera lat 46 okolice Torunia – „By odnowić oblicze ziemi” zeszyt 1/2007).

„Szczególnie przeżyłam rozważanie biczowania prowadzone przez moją zmarłą już koleżankę. Oczami wyobraźni widzę ją klęczącą przed tabernakulum z różańcem w ręku. Miała problemy w rodzinie. Nie wszystko układało się po jej myśli. W modlitwie oddała Bogu swoje życie za dusze synów. Pan przyjął ofiarę. Umierała spokojnie, niemal radośnie, dziękując Bogu, że ją wysłuchał. Przed śmiercią powiedziała: „Pamiętajcie, nie zmarnujcie żadnego cierpienia” (Barbara Głażewska, emerytowany lekarz anestezjolog z Łochowa – „Różańcowe refleksje” „Niedziela” nr 40/2009))

„Kiedyś regularnie przesyłałam do PKWP [Pomocy Kościołowi w potrzebie] ofiary, ale od kiedy jestem na emeryturze, mam mniejsze dochody i z trudem wiążę koniec z końcem. Kiedy dowiedziałam się o przyjeździe JE Doeme z Nigerii, poczułam wezwanie, abym – skoro nie mogę już tak bardzo wspierać Was finansowo – odmawiać przynajmniej codziennie Różaniec w intencjach, o które prosił biskup” (Ofiarodawczyni z Belgii – biuletyn „Pomoc Kościołowi w Potrzebie” nr 6 sierpień 2015).



„Pod koniec grudnia 2006 r. mąż przyszedł po nocnej zmianie i położył się spać, a ja krzątałam się w pobliżu. Nagle zobaczyłam, że we śnie dzieje się z mężem coś niedobrego. Zadzwoniłam po pogotowie, wzięłam medalik Niepokalanej i zawołałam: „Matko, ratuj !”. W szpitalu okazało się, że mąż miał wylew. Zamówiłam Mszę świętą, a ksiądz udzielił mężowi sakramentu namaszczenia chorych. W czasie operacji cała rodzina odmawiała Różaniec. Okazało się, że nic nie zostało uszkodzone, mąż mówi i chodzi. Oboje jesteśmy rycerzami Niepokalanej...” (Rycerze Krystyna i Tadeusz „Rycerz Niepokalanej” nr 9/2007 – tam znajdziesz całość).

„Pracuję w kasie biletowej PKP. Idąc do pracy modlę się, polecając Bogu tych pasażerów, których będę obsługiwać w kasie. Każdemu pasażerowi życzę, aby szczęśliwie dotarł do celu swej podróży. W codziennym wieczornym Różańcu z Radiem Maryja pamiętam o wszystkich ludziach, których kiedykolwiek spotkałam w moim życiu i których dane mi będzie spotkać z woli Boga. Trójka naszych dzieci w wieku od 11 do 13 lat, klękając z nami do wieczornego Różańca, zawsze pamięta o swoich nauczycielach oraz o kolegach i koleżankach z klasy. To taki mały zasiew dobra, który przyjęły od nas, rodziców...” (Aneta lat 37, wykształcenie średnie, Drawsko Pomorskie „By odnowić oblicze ziemi” zeszyt 1/2007).

„Moja mama codziennie przesuwała w palcach czarne paciorki różańca z Wilna. Za każde dziecko jeden dziesiątek, a miała pięcioro dzieci. Zwycięstwo tego Różańca – to mój dyplom lekarski. Nie doszłam do niego po różach, były to raczej ciernie. Pokonywałam je z trudem, dziwiąc się, skąd na to mam siłę. To nie moje siły były przecież. A mama nadal odmawiała Różaniec... ” (Izabela z Jawora „Zwycięstwo przychodzi przez różaniec” jw.).

„Moja córka bardzo skrzywdziła swego męża, nie było szans, żeby znów byli razem. Jednak po wielu modlitwach całej rodziny, w szczególności dzięki Różańcowi i Nowennie do Matki Bożej Pompejańskiej, znów są razem i oczekują narodzin dziecka...” (Irena „Rycerz Niepokalanej” nr 5/2016).

„Różaniec – ukochana modlitwa, łączy z Bogiem i Maryją, odmawiana w dziękczynieniu i pokorze. My, trzy kobiety z miasteczka Łochów, otrzymałyśmy charyzmat odmawiania Różańca ze starszymi osobami. Najpierw był jeden dom starców, potem kolejny. Odmawiamy przeważnie część bolesną, za wszystkich chorych, za personel. Mieszkańców domu starców odwiedzamy dwa razy w tygodniu. Ci ludzie z utęsknieniem czekają na nas, na wspólną modlitwę różańcową. Gdy przychodzi czas rozstania, żegnają nas ze łzami w oczach. Po modlitwie różańcowej i spotkaniu z nimi w naszych sercach odczuwamy miłość, radość i pokój. Naszym chorym Różaniec daje nadzieję i siłę, aby wytrwać w cierpieniu. Różaniec łączy nas wszystkich w jedną rodzinę. Dziękujemy Matce Bożej, że wybrała nas do realizacji tego powołania” (Małgorzata Strąk, Iwona Plater, Urszula Leśniewska – członkinie Koła Różańcowego w Łochowie – „Różańcowe refleksje” „Niedziela nr 40/2009)



„Moja siostra wraz z mężem byli bardzo zaangażowani we wschodnią duchowość: joga, medytacja, wiara w reinkarnację; w ich domu był posąg Buddy, spotykali się z medium, chodzili do wróżek i bioenergoterapeutów, mówili o potędze umysłu i samozbawieniu. Nie chodzili do kościoła, mieli tylko ślub cywilny. Uważali, że ja zamknęłam się w wąskich ramach Kościoła, a oni doświadczają głębszej duchowości.

W połowie sierpnia 2014 roku dowiedzieliśmy się, że szwagier ma raka. Diagnoza została postawiona bardzo późno, więc guz w jelicie był już bardzo duży. Lekarze mówili o konieczności szybkiej operacji, gdyż rozrost guza i zatkanie światła jelita będzie równoznaczne ze śmiercią. Szwagier jednak wstrzymywał się z decyzją o operacji, próbując najpierw wyleczyć się u bioenergoterapeuty. W końcu zdecydował się na operację, która odbyła się 27 października tegoż roku. Jednak podczas operacji nie usunięto guza, gdyż okazało się, że są przerzuty do otrzewnej. Lekarze dawali mu 2% szans na przeżycie O nawrócenie siostry i szwagra modliłam się o0d 8 lat, od kiedy się poznali. Moja modlitwa nie była jednak zbyt gorliwa. Myślałam sobie, że mają czas, że jakoś to będzie, bo przed nimi całe życie.

Gdy dowiedziałam się, że praktycznie nie ma szans na wyleczenie, przeraziłam się. Postanowiłam odmówić nowennę Pompejańską w jego intencji. Wahałam się, o co prosić, czy o uzdrowienie, czy o nawrócenie. Skończyłam ją kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Nic się jednak nie zmieniło. Cały czas także błagałam Boga o uzdrowienie, aby dał mu jeszcze szansę. W niedzielę, 8 lutego 2015 roku zadzwoniła do mnie moja mama, mówiąc, że stan szwagra bardzo się pogorszył. W poniedziałek pojechali na jakiś zabieg do prywatnej kliniki, po którym nastąpiła chwilowa poprawa. Jednak we wtorek znów było gorzej. Postanowiłam modlić się za niego całą noc, odmawiając różaniec, koronkę, litanie i błagając Boga, by wypełniła się Jego wola. W środku nocy zadzwoniła do mnie siostra, prosząc, abym przez telefon modliła się z nimi o uzdrowienie. Zamarłam, ale zaczęłam modlić się, prosząc nie o to, ale o wolę Bożą. Słyszałam, jak szwagier mówi: "Jezu, ufam Tobie".

Następnego dnia szwagier poprosił o księdza, wyspowiadał się i przyjął Komunię świętą. Dane mi było modlić się z nimi przez telefon i słyszeć, jak ksiądz mówi: "udzielam ci odpustu zupełnego". Następnego dnia szwagier zmarł. W tym wszystkim zapomniałam o tym, że odmówiłam nowennę Pompejańską. Ale Maryja nie zapomniała. Wysłuchała mnie i wstawiła się za moim szwagrem” (Magdalena „Królowa Różańca Świętego” nr 2/2015).



„...Po Mszy świętej [nasz jedyny, ukochany, dwudziestopięcioletni syn, który był zdrowy, radosny, szczęśliwy]... wyszedł na mecz hokejowy. Wygrał jego umiłowany „Stoczniowiec”. W radości jaka ogarnęła wszystkich, uniósł ręce i nagle umarł w gdańskiej hali Oliwii na oczach wiwatujących kibiców...

Od śmierci syna minęło pięć lat. Jego przyjaciele, koledzy, pamiętają o nim, o kolejnych rocznicach śmierci. Na meczach hokejowych palą znicze. Na Wszystkich Świętych zamieszczają w internecie wspomnienia. Spotykamy się od czasu do czasu na naszej działce przy figurce. Myślę, że ta nagła śmierć Pawła skłania wielu z nich do zadania pytania: co dalej ? Myślę też, że wielu z nich potrzebuje modlitwy. Kiedy nadal odmawiam moje tajemnice bolesne, już za spokój duszy Pawła, to również w intencji jego żyjących kolegów, przyjaciół. I tak będzie trwało do końca mojego życia” (Anna z Gdańska „Zwycięstwo przychodzi przez różaniec” jw.).



„Atmosfera domu [babci], który prowadziła najpierw razem z dziadkiem, a potem sama, zawsze pachniała smakołykami jej kuchni i prostotą życia. I zawsze cieszyła mnie i moje dwie siostry, kiedy przyjeżdżałyśmy do niej, Była człowiekiem dobroci i pracy, kochającym Boga i Kościół.

Przez kilka ostatnich lat babcia mieszkała w moim domu rodzinnym. I chociaż, jak na swój wiek, kondycję miała nadzwyczaj dobrą – wiedzieliśmy, że kiedyś przyjdzie czas jej odejścia. Ostatnie miesiące życia babci były naznaczone wieloma fizycznymi ograniczeniami. Były też czasem, w którym ona sama bardzo chciała spotkać się z Bogiem. Na kilka dni przed śmiercią przyjęła Sakrament Namaszczenia Chorych oraz Komunię świętą.

Od rana doświadczyliśmy wyjątkowego przynaglenia modlitwy przy niej. Szczególnie Różańcem, który sama ukochała i w ostatnich latach odmawiała codziennie o 19.30. Teraz modliła się na nim młodsza siostra, moja mama i ja. Przez cały dzień. Kiedy przyszedł wieczór, stan babci pogorszył się i czuliśmy, że Bóg wzywa nas do jeszcze większej czujności i modlitwy. Dzieci mają jednak własne rozumienie czasu. Moi dwaj mali synkowie, Jaś i Staś, bawili się w tym czasie jak zwykle. Krzyczeli, ganiali się po domu, śmiali się. My, skupieni przy leżącej babci czuliśmy zgrzyt, z jakim życie cieszy się i hałasuje, kiedy obok drugi człowiek cicho odchodzi i gaśnie. Jednak, czy nie dzieje się tak zawsze ? Ostatnie chwile życia babci pamiętam szczególnie dobrze. I każdą z nich uważam za pełną łaski.

Mój zapracowany tato, tego dnia wrócił wcześniej do domu. Był przy swojej mamie i trzymał ją mocno za rękę. Zdążył powiedzieć wszystko, co jego synowskie serce pragnęło wyrazić w tamtej chwili. Moi synowie w pewnej chwili też zatrzymali się, chętnie ucałowali prababcię i pobłogosławili ją na swój dziecięcy sposób. Parę minut później, gdy byliśmy wsłuchani w jej oddech, przy zapalonej tylko małej lampce i świecy – Jaś powiedział pogodnie: "Zapalę światło na drogę". Po czym wyłączył lampkę stojącą na biurku i rozjaśnił pokój... Znaczenie tych słów przez pierwsze sekundy niezrozumiałych, później uderzyło nas mocno. Wiedzieliśmy, że to już Pan przychodzi ! Po tych słowach oddech babci uspokoił się, wydłużył, aż w końcu zamilkł... Było to około godziny 19.30. Dopowiedzieliśmy sobie, że Marysia śpieszyła się odmówić Różaniec już w niebie. A życie w moich synkach tętniło dalej, niczym nie zakłócone.

Po położeniu chłopców spać, modliliśmy się przy zmarłej całą rodziną. Dotąd nie zwykliśmy robić tego tak gorąco, chociaż Bóg bardzo przemienił nas w ciągu ostatnich lat... Uwielbialiśmy Boga w jej zmęczonym ciele i dziękowaliśmy za dar jej życia„ („Szum z Nieba” nr 3/2014 – tam znajdziesz całość)



„Był marcowy niedzielny wieczór, gdy zadzwonił telefon. O tej porze mogła dzwonić tylko moja córka z Poznania. Podnoszę słuchawkę - to ona. "Mamo, nie pojechałabyś na pielgrzymkę? Francja, Hiszpania, Portugalia...". Odpowiadam: "Dziecko, ja na pielgrzymkę? Przecież nie chodzę do kościoła". Bronię się. "A skąd pieniądze?". Słyszę: "To nie jest drogo, masz przecież jakieś odłożone dolary". Zastanawiam się krótko, dostanę premię za 35 lat pracy, można ją przeznaczyć na ten cel. "Dobrze, zapisz mnie".

Jest kwiecień, jadę na spotkanie. Nieznani ludzie, pielgrzymka katechetów poznańskich organizowana jest od dwóch lat i ja znalazłam się na liście uczestniczących. Spotkanie w maju dwa razy i jeszcze jedno na początku czerwca. Każde spotkanie kończy się modlitwą "Pod Twoją obronę...". Odmawiam, jak wszyscy, ale bez wiary. W pracy opowiadam, na jaką wyprawę się wybieram. Wszyscy wiedzą, że turystyka to moje hobby, zdziwienie budzi tylko fakt, że jest to pielgrzymka, znają przecież mój ateizm, wiedzą, że do kościoła nie chodzę. Ktoś mówi, że jego koleżanka na takiej pielgrzymce się nawróciła. Zapewniam, że mi to nie grozi. Jest 26 czerwca, dzień wyjazdu. Przed wyjazdem Msza Święta. W czasie homilii ksiądz opiekun mówi: "Każdy jedzie prosić o coś Matkę Bożą". "O co ja chcę Ją prosić?" - zadaję sobie pytanie. Może o nawrócenie? Nie zdaję sobie sprawy, na czym to nawrócenie ma polegać.

Wyjeżdżamy. Droga jest długa i prowadzi przez sanktuaria maryjne w La Salette, w Grenadzie, Fatimie, Lourdes. Jest też program turystyczny. Każdego dnia uczestniczę czynnie w modlitwach, śpiewach, Eucharystii, słucham homilii, konferencji, wszystko jest dla mnie nowe. Znam Kościół jeszcze sprzed Soboru Watykańskiego II. Codziennie dziesiątka różańca za nawrócenie grzeszników. Nie kojarzę, że za moje nawrócenie też się modlę. Nie mam własnego różańca, przecież nie przewidziałam, że będę się modliła. Któregoś dnia dostaję go od Halinki, z którą nawiązuję bliższy kontakt. To jej przyznaję się, że nie chodzę do kościoła.

Jest ósmy dzień pielgrzymki. Jedziemy do Grenady przez piękną Andaluzję. W czasie jazdy ksiądz ma konferencję. Mówi: Bóg kocha nas takimi, jacy jesteśmy, ze wszystkimi naszymi grzechami, czeka na nas, wszystko wybacza. Słowa te zapadają mi w serce, zaczynam płakać, łzy płyną i płyną z oczu, a w sercu coś się dzieje. Od tej chwili wydaje mi się, że ksiądz mówi tylko do mnie. Nie wiem, jak długo płakałam, ale było to bardzo długo. Droga trwała kilka godzin. Nie wiem, co się we mnie dzieje, ale podejmuję decyzję. Jeżeli Jezus mnie kocha, to wybaczy mi moją zdradę, moje grzechy. Wieczorem, leżąc pod gwiaździstym niebem Grenady, prowadzę pierwszą rozmowę z Panem Bogiem: " Panie, obiecuję wrócić do Ciebie, ale jeszcze nie dziś, jeszcze nie jutro, jeszcze trochę poczekaj, może w Fatimie, może w Lourdes...". Jestem przekonana, że jeżeli nie nawrócę się na tej pielgrzymce, to nigdy się na to nie zdobędę. Każdego wieczoru powtarzam tę samą modlitwę. Dzielę się z Halinką, ona mnie podtrzymuje, wspiera modlitwą.

Jest trzynasty dzień pielgrzymki. Docieramy do Fatimy. Zamieszkuję w jednym pokoju z Halinką. Po nawiedzeniu Matki Bożej w grocie, podejmuję decyzję: po wieczornej Mszy Świętej pójdę do spowiedzi. Halinka modli się za mnie. Serce bije, łzy płyną. Wyznaję grzechy - nie jest mi trudno przyznać się do grzechów, trudniej jest za nie żałować. Słyszę jęk spowiednika. To Ty, Chryste, jęknąłeś pod ciężarem tylu lat grzesznego życia. Panie, było to 33, a może 35 lat bez Ciebie. Panie, ja wiem, że Ty mnie nie opuściłeś!” (M.C. http://www.maryjni.pl/mnie-to-nie-grozi,575).



Dzięki Ci, Maryjo, Tyś mnie uratowała

Pamiętnym wydarzeniem z czasu mojej pracy w szpitalu po drugim zajęciu Lwowa przez Rosjan była śmierć 26-letniego Franka N. Był on wielkim zbrodniarzem i przestępcą, co ujawniło się dopiero przy jego śmierci. Do wybuchu wojny pracował jako woźnica w Zakładzie Nieuleczalnie Chorych. W chwili rozpoczęcia działań wojennych porzucił samowolnie dotychczasowe zajęcia i przyłączył się do bandy rabusiów. Nawrócenie jego było dziełem miłosierdzia Matki Najświętszej. Wyprosiła je codziennym odmawianiem różańca przez sześć lat siostra szarytka Zamysłowska. Była ona przełożoną Zakładu, w którym Franek pracował i z którego uciekł ku jej wielkiemu zmartwieniu.

Nawrócenie Franka

Do Szpitala na klinikę chirurgiczną przywieziono go w 1945 r. w bardzo ciężkim stanie. Miał gruźlicę płuc i ropne zapalenie opłucnej na tle gruźliczym. Leżał na klinice trzy miesiące. W tym okresie trzy razy zgłaszał się do spowiedzi i Komunii św. Stan zdrowia Franka w trzecim miesiącu pogarszał się z dnia na dzień. 31 X 1945 r. o godz. 15, w czasie gdyśmy ścieliły łóżko i poprawiały pozycję chorego, nastąpił silny krwotok płucny. Zalane zostały krwią łóżko i podłoga, a również ja z drugą siostrą, i to od twarzy aż do stóp.

Mimo to Franek nie zakończył życia, ale zaczął krzyczeć, że widzi szatanów i piekło otwarte, do którego usiłują go wciągnąć przy pomocy różnych narzędzi. Równocześnie duszę jego paliły popełnione zbrodnie. Wyznawał je teraz głośno, wołając rozpaczliwie: „Księdza!!!” i zasłaniając się siostrami (które trzymał oburącz) przed atakiem złych duchów. Przykurczył nogi pod siebie i szamotał się w okropnym przerażeniu. Zachęta do ufności w Miłosierdzie Boże i poddawane akty żalu doskonałego nie uspokajały umierającego. Sytuacja stawała się rozpaczliwa. O tej porze znaleźć księdza na terenie szpitala równało się z cudem, a ks. kapelan mieszkał na plebanii [parafii] św. Antoniego, kilometr od kliniki. Proszę Franka, żeby mnie puścił, to pójdę szukać księdza, a on na to: „Nie puszczę, bo mnie szatani porwą”. Podaję Frankowi różaniec i mówię: „Trzymaj, on cię też zasłoni od szatanów, a mnie puść”. Wyszłam zrozpaczona na korytarz, i o cudo!: korytarzem idzie ksiądz karmelita z obiadem do chorego brata zakonnego. Proszę go, aby zostawił torbę na korytarzu, a sam przyszedł na salę, aby udzielić rozgrzeszenia umierającemu, równocześnie podaję mu stułę i oleje święte.

Gdy kapłan stanął na sali, piekło w tej chwili zniknęło wraz z szatanami. Franek wyciągnął przykurczone nogi i zaczął od początku litanię okropnych zbrodni, nie zapominając i o świętokradztwach, co już wszyscy obecni na sali słyszeli drugi raz. Kapłan mówi do penitenta: „Ciszej, ciszej…”, ale Franek stanowczym głosem mówi: „Żadne cicho, na Sądzie Bożym cały świat będzie wiedział, jakie zbrodnie popełniłem!” – i dalej wyrzucał z siebie to, co stanowiło jego największą mękę. Gdy skończył i otrzymał rozgrzeszenie, uspokoił się zupełnie, wyciągnął ręce jakby do kogoś na przywitanie i ostatkiem sił krzyknął: „Dzięki Ci, Maryjo, Tyś mnie uratowała!”, a złożywszy ręce na piersiach, skonał. Namaszczenie otrzymał już jako zmarły.

Sześciogodzinna spowiedź

Zrobiłyśmy z drugą siostrą porządek ze zwłokami, z łóżkiem i podłogą, żeby nikt więcej nie zakażał się. Umyłyśmy się same, przebrały chałaty i poszły do dalszych obowiązków, s. Cecylia na salę nr 10, a ja z powrotem na salę nr 5, gdzie oprócz Franka leżało jeszcze ośmiu ciężko chorych mężczyzn. Jakież było moje zdziwienie, gdy żaden z chorych nie leżał w łóżku, ale wszyscy pod łóżkami, z głowami nakrytymi poduszkami i materacami. Nawet chory na wyciągu, z kolanem rozbitym kulą dum-dum i ciężką raną na udzie, leżał pod łóżkiem, uwolniony ze stalowych drutów i obciążenia nogi. Kiedy zobaczyłam jego twarz, był zmieniony nie do poznania: włosy białe, a oczy [uciekające] pod powieki. Kurczowo trzymał materac na głowie i przeraźliwym głosem żądał księdza, i to natychmiast. O księdza wołali też wszyscy inni.

W tej chwili posłałam sanitariuszkę, aby na bramie głównego budynku zaznaczyła na tablicy konieczną obecność księdza na oddziale, a sama przy pomocy sanitariuszek i sanitariusza ze sali operacyjnej wyciągaliśmy chorych i układali na łóżkach jak należy. Wszyscy byli przerażeni i czekali na księdza, jak tonący na deskę ratunku. Przyszedł ks. Woroniecki, kapelan, 15 minut po 17-tej. Ja trzymałam dyżur na korytarzu, żeby nikt nie przeszkadzał ani z kolacją, ani z wizytą lekarską. O godz. 23.15 wyszedł ks. kapelan na korytarz blady i oblany potem. Zapytał, co było na tej sali, i jak długi upadł zemdlony na ziemię. Zobaczyły to dwie Rosjanki, nocne dyżurne, i przybiegły pomóc mi ratować go, a potem położyć na wózku szpitalnym, aż do dojścia do normy. Na plebanię odprowadzili księdza dwaj portierzy.

Na sali nr 5 jeden szloch. O kolacji chorzy słyszeć nie chcieli. Prosili, żeby pomóc im odprawić pokutę i razem z nimi dziękować, że oni jeszcze żyją, że się mogli spowiadać, że ich szatani nie porwali do piekła, które widzieli na sali. Całą noc spędziłam z nimi na modlitwie i na przygotowaniu do Komunii świętej.

Rano, gdy zobaczyli księdza z Panem Jezusem, płakali głośno jak dzieci. Jak miłe musiały być te łzy Zbawicielowi, którego łaska odniosła tak wielkie zwycięstwo. Śniadania nie chcieli jeść, ale płacząc dziękowali za przeżyty wczorajszy dzień. Zrobiłam co było konieczne na tej sali i wybiegłam, żeby przygotować cały oddział do wizyty lekarskiej na godz. 8 rano.

Wizyta lekarska

Wizyta zaczęła się od sali nr 1. Przyszli profesor Karawanów, Rosjanin, i kilkunastu lekarzy narodowości polskiej, rosyjskiej i ukraińskiej. Słuchają, co mówi profesor, i serdecznie odnoszą się do chorych i do mnie. Kiedy wizyta lekarska objęła salę nr 5, profesor zmarszczył brwi, oczami obszedł całą salę, a za nim zrobili to samo inni lekarze. Po chwili przyglądania się chorym w milczeniu, mówi do mnie gniewnym głosem: „Siostro Anno! Tyle razy prosiłem, żebyście wszystkie zmiany, jakie robicie na oddziale, zgłaszali mi przed wizytą”. Ja na to: „Nie rozumiem, panie profesorze, o co chodzi”… „Jak to – mówi profesor – całą salę zmienić i nic nikomu nie zgłosić?” Odpowiadam: „Panie profesorze, ani jeden chory nie jest inny niż ci, co byli wczoraj i dawniej; wszyscy ci sami”. Profesor: „Nie poznaję ani jednego chorego!” Adiunkt dr Liebhart mówi mi do ucha po polsku: „Siostro Anno, nie rób wariata z Profesora, przecież ani jeden chory nie jest ten sam. Skądże siostra wzięła ośmiu chorych bez wiedzy lekarzy?” Kartami temperatury i diagnozami, a także żelazami ze zdjętego wyciągu, przekonałam wszystkich o prawdzie moich słów.

Profesor zapytał, co było powodem, że wszyscy są tak zmienieni i mają białe głowy. Powiedziałam, że w związku ze śmiercią Franka odbywała się na sali jakaś piekielna scena, która wszystkich przeraziła, ale i nawróciła, dlatego pewnie są tacy inni. Bez słowa obeszli całą salę, a na korytarzu zmusili mnie prośbami do opowiedzenia tego, co było. W dużym skrócie opowiedziałam co się działo, i że ksiądz się znalazł w nieoczekiwanej porze, i że po wyznaniu grzechów i rozgrzeszeniu Franek zaraz umarł. Na to profesor Karawanow: „Ot, to jeden z wielu dowodów, że jest Bóg i że człowiek posiada duszę nieśmiertelną”.

Po wizycie i operacjach zgłosili się do mnie trzej lekarze – dwóch Polaków i jeden Ukrainiec – z prośbą o książeczki do nabożeństwa i o zastępstwo na dzień następny w rannych czynnościach, bo mogą się spóźnić, ponieważ pójdą do spowiedzi i Komunii świętej, do której nie przystępowali od czasu złożenia matury. Na drugi dzień, gdy przyszli do pracy, byli przejęci i odmienieni, podobnie jak chorzy. Różańce i Cudowne Medaliki przyjęli z radością.

Co przeżywali chorzy?

Po południu tego dnia miałam chwilkę czasu na rozmowę z chorymi na temat wczorajszego przeżycia. Wszyscy się przyznawali, że mieli powody znalezienia się w piekle i że tylko cudem nie zostali tam porwani. Przyznali się, że całe lata nie spowiadali się, jeden nawet 40 lat.

Najstarszy pacjent, bez nogi (urwana przez granat), płakał z radości, że wczoraj nie wpadł do piekła, bo bardzo na nie zasłużył. Po Komunii św. bez przerwy modlił się o śmierć, żeby już nigdy więcej Pana Boga nie obrazić, ale mieć Go w sercu jak dzisiaj. Modlitwa dziadka była widocznie miła Panu Bogu i została wysłuchana – wieczorem tego dnia zasnął na wieki bez żadnej agonii. Inni chorzy na widok zmarłego dziadka z płaczem wołali, że i oni chcą dzisiaj umrzeć. Dopiero przypomnienie im o obowiązku pokuty i naprawy złego życia uspokoiło salę.

Pytałam chorych, jak wyglądał szatan. Zakryli twarze rękami, a jeden z nich, inżynier, mówił, że to niemożliwe do opisania. Inteligencją przewyższa szatan wszystkich uczonych na świecie, a wygląd jego jest tak straszny, że lepiej ponosić wszystkie tortury na ziemi, niż wpaść w jego moc. Tak jak ludzie szatana malują, to są żarty.

Może warto zaznaczyć, że spowiedzi Franka wysłuchał karmelita, wyświęcony w owym miesiącu na kapłana. Przyjechał do Lwowa po studiach. Do szpitala z obiadem był wysłany o godz. 12, ale nie mógł od razu trafić. Przyszedł dopiero wtedy, kiedy Franek wołał: „księdza”, [tzn. ok. godz. 15]. Widocznie Matka Najświętsza tak pokierowała jego krokami”.

Siostrę Annę Grzybowską, szarytkę, znało kilka naszych zakonnic, które do tej pory żyją. Jej rodzona siostra Brygida (zm. 26 II 1976) należała do naszego zgromadzenia SS. Zmartwychwstanek. Ostatnie lata spędziła w Wejherowie. Siostra Anna odwiedzała ją i pielęgnowała. Opowiadała wtedy o swoich nadzwyczajnych przygodach wojennych, które na prośbę naszych sióstr spisała – S. M. Dorota Trybuła CR, 14 II 1996” („Rycerz Niepokalanej nr.11(485) listopad 1996 str. okładek wewnętrznych)



„W Kamesznicy od dawna po śmierci kogoś bliskiego, rodziny podejmują modlitwę różańcową za jego duszę przez 30 sobót. Ostatnio w ten nurt modlitwy włączyliśmy propagowane przez bł. Bartola Longa nabożeństwo 20 sobót, związane z wypraszaniem łask za pośrednictwem Królowej Różańca Świętego. Teraz tę modlitwę prowadzi Apostolstwo Dobrej Śmierci zawsze przed wieczorną Mszą świętą. Podobne nabożeństwo odbywa się w soboty o 9 rano w Cieszynie- Bobrku (ks.prał. Władysław Zązel).

Źródło: http://kosciol.wiara.pl/doc/973227.Na-drzewie-modlitwy



„Cieszy widoczny rozwój ducha modlitwy – mówi ks.Roman Siatka MSF z Górki Klasztornej, krajowego centrum Apostolstwa Dobrej Śmierci. Widać wzrastanie, a Apostolstwo jest już jak solidne drzewo, na którym kwitnie modlitwa: rosną nowe konary, na niektórych są już dojrzałe owoce, na niektórych piękne kwiaty... Wśród tych owoców jest podczas nabożeństw pompejańskich systematyczna modlitwa o uwolnienie ludzi uzależnionych z nałogów, a także regularnie dedykowana kapłanom czwarta część Różańca. Stałą intencją jest prośba o łaskę nawrócenia dla grzeszników.

Źródło: http://kosciol.wiara.pl/doc/973227.Na-drzewie-modlitwy


reprod. z „Miłujcie się”

„Gdy szukam początków mojej przyjaźni z Maryją, a co za tym idzie – z modlitwą różańcową, trafiam wspomnieniami do ruchu Światło-Życie. Spotkania oazowe zapadły mi głęboko w serce. Wtedy kupiłam pierwszy różaniec na palec oraz figurkę Niepokalanej... Pokochałam Maryję całym sercem. Miłość ta była łatwa, gdyż bardzo kochałam swoją mamę. Mieszkałyśmy tylko we dwie, bo mój tata zmarł, kiedy byłam jeszcze dzieckiem. Po śmierci ojca, mamie było trudno, a nawet bardzo trudno. Zagubiła się gdzieś po stracie kochanego męża, w osamotnieniu, w walce o przyszłość. Mimo, iż wtedy nie rozumiałam przyczyn zagubienia mamy, instynktownie wyczuwałam, że muszę zapraszać Maryję do naszego życia, że tylko Ona może nam pomóc.

Modliłam się: krojąc kapustę na pierwszy mój bigos, modliłam się w górach. Modliłam się na pielgrzymim szlaku, który przemierzałam za moją mamę. Modliłam się na studiach, czy podczas powrotów do domu, bo trzeba było pomóc mamie. Pamiętam wiele Apeli Jasnogórskich, krzyży, przy których wzdychałam do Boga za moją mamę. Jako nastolatka czytałam „Rycerza Niepokalanej”; pokochałam św.Maksymiliana Kolbego, który stał się moim przyjacielem, a potem w tajemnicy zapisałam się do Rycerstwa, pojechałam do Niepokalanowa i podjęłam Krucjatę Wyzwolenia Człowieka – roczną abstynencję. A to wszystko z Maryją za mamę.

Raz podjęta Krucjata była przeze mnie kontynuowana i trwa do dziś. Wierna modlitwie różańcowej doczekałam się dnia uzdrowienia mojej mamy, wyzwolenia jej z sideł uzależnienia...” (Mama „Z Maryją za rękę” – „Niedziela” nr 5/2014 – tam znajdziesz całość).



„Młodziutka Włoszka, Maria Cristina Ogier (czyt. Odżier), tercjarka franciszkańska... mimo młodego wieku była tak dojrzała duchowo, tak dobra i życzliwa wobec wszystkich ludzi, tak wierna Bogu i kochająca Go, że [każdemu życzyła tego, co najlepsze i nieustannie modliła się za innych]. Jak tylko znalazła się w samochodzie, rozpoczynała Różaniec z rodzicami lub z innymi, którzy razem z nią podróżowali.

Idąc ulicą, odmawiała Różaniec razem z mamą. "Nie możemy mruczeć, bo wezmą nas za wariatki" – mówi Gina, jej mama. Matka i córka biorą się zatem za ręce. Uścisk oznacza, że pierwsza część "Zdrowaś Maryjo" jest skończona, teraz czas twojej modlitwy. Przechodząc pod drzwiami domów Cristina mówi: "Poślij im tę Zdrowaśkę. Kto wie, ile osób potrzebuje Maryi ! Módl się zawsze za innych" („Czysta Gołębica” „Królowa Różańca Świętego” nr 2/2014 – tam znajdziesz całość).

„Wszelkie dobro ma swój początek w miłości” (św.Arnold Janssen)

„...Jestem pewna, że zawsze czuwała nad nami i czuwa Matka Najświętsza. Tylu dobrych ludzi, tak niespodziewanie i w samą porę zjawiało się na drodze mojego życia. Nie spotkałam żadnego wroga, bo ich nie miałam, byli tylko dobrzy ludzie i było ich bardzo dużo. Dzięki Ci, Matuchno Najświętsza. Mam tyle zobowiązań wobec ludzi. Wielu już nie ma wśród nas, ale pamiętam o nich w codziennym Różańcu. Wiele Różańców ofiarowuję za ich dusze. Zawsze przypominam dzieciom, że kiedy pomagamy innym i czynimy coś dobrego dla nich, to czynimy coś dobrego dla siebie, bo pamięć trwa, zostaje aż do śmierci.

Nie rozstaję się z różańcem, zawsze muszę mieć go przy sobie i dlatego noszę go w każdej kieszeni. To jest najwspanialsza, najpiękniejsza modlitwa” (Zosia ps. „Szarotka” „Zwycięstwo przychodzi przez Różaniec” – patrz bibliografia)..



„Jestem matką siedmiorga dzieci. Troje urodziłam, a dla czworga stałam się miejscem śmierci... Chociaż wydarzyło się to dawno, bo ponad trzydzieści lat temu. Wprawdzie przygotowując się do Pierwszej Komunii Świętej najstarszego syna, byłam u spowiedzi i otrzymałam rozgrzeszenie, poranienie pozostało... Przeżycia związane z aborcją schowałam bardzo głęboko, starając się o nich zapomnieć. To moje "zapomnienie" polegało na tym, że nigdy i z nikim nie mówiłam o przerywaniu ciąży. Gdy słyszałam, jak inni poruszali ten temat, byłam pełna niepokoju, smutku i bólu.

Mijały lata, dochodziły różne problemy życiowe... wyjazd z rodziną do Niemiec, troska o dorosłe już dzieci i wiele innych kłopotów. Depresja.. Leczenie psychosomatyczne trwało prawie dziesięć lat. Trzy razy byłam w sanatorium. Lekarze starali się mi pomóc, znaleźć przyczynę mojej choroby. Ja sama widziałam ją tylko w moich obecnych problemach. Zamknięty krąg, beznadzieja... Przez wszystkie te lata moje życie duchowe polegało na tym, że tylko chodziłam do kościoła. Bałam się Pana Boga. Wydawało mi się, że jestem niegodna tu przychodzić. Tylko do Maryi miałam odwagę zwrócić się. Została moją powierniczką; do Niej zwracałam się z moimi problemami, ale sama niewiele robiłam.

Pewnego dnia gdy byłam w Polsce, weszłam do księgarni katolickiej i na bocznym stoliku spostrzegłam "Dzienniczek" siostry Faustyny Kowalskiej, który natychmiast kupiłam. Zdziwiło mnie Boże Miłosierdzie ! Zdziwiło i wywołało we mnie pragnienie doświadczenia Go – lecz moja dusza była głucha.... Zaczęłam jednak odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Uparcie i ciągle. Wynotowałam sobie wszystkie słowa Pana Jezusa zapisane przez świętą Faustynę... Czytałam i płakałam, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. I wtedy właśnie, kiedy wołanie: "Jezu, ufam Tobie" stało się moim S.O.S., we wrześniu 1998 roku odbyły się rekolekcje prowadzone przez o.Jozefa Kozłowskiego z Odnowy w Duchu Świętym w Łodzi wraz z zespołem ewangelizacyjnym "Mocni w Duchu". Pomyślałam, że tylko Duch Święty może mnie oświecić. I tak się stało !

Z pragnieniem ponownego wyznania grzechów przeciwko życiu udałam się do konfesjonału, otrzymując dar: modlitwę uwolnienia od skutków grzechów. Nareszcie opadły moje okowy i zaczęłam rozumieć przyczynę mojej depresji. Zachwyciło mnie nieskończone, przebaczające Boże Miłosierdzie, którego przez tyle lat nie rozumiałam. Wreszcie wybaczyłam również sobie. Przeżyłam Seminarium Życia w Duchu Świętym. Cotygodniowe spotkania w grupie modlitewnej z ludźmi, którzy otwierali swoje serca Jezusowi, aby w nich mieszkał i przemieniał je, dawały mi siłę. I już nie było pustki. Powróciła radość życia. Zostałam uzdrowiona z depresji. I znowu zdziwienie, że i mnie Pan uzdrowił. Lecz o swoich dzieciach, którym nie dałam żyć, myślałam coraz częściej i dziwna tęsknota trwała...

Dzięki łasce jaką jest kierownictwo duchowe, weszłam na drogę pokuty. Rozpoczęłam ją w roku 2000 – w Roku Jubileuszowym, roku szczególnej łaski. Trwała ona od dnia 2 lutego do 1 listopada. W tym czasie podjęłam dziewięciomiesięczną adopcję duchową, którą nazwałam "Poczęcie Miłości". Ona pomogła mi pokochać moje dzieci. Codziennie odmawiałam jedną tajemnicę Różańca, jednocząc się z Maryją, Matką. Zapragnęłam, aby te dziewięć miesięcy było nowenną uwielbienia Boga, dawcy życia... Rozmawiałam z Maryją o moich dzieciach i prosiłam Ją, aby przekazywała im moją miłość. Moje poranienie wewnętrzne było tak głębokie, że nie mogłam się do nich zwrócić bezpośrednio. Ale i to Pan uzdrowił.

Pod koniec siódmego miesiąca mojej modlitwy miłości, zapragnęłam wreszcie – i mogłam to pragnienie powierzyć Maryi – nadać swoim dzieciom imiona. Prosiłam Ją tak: "Widzisz Mamo, z jakim pragnieniem jestem u Ciebie... Jakie to mają być imiona, przecież nie znam płci moich dzieci ?... Zaradź, pomóż mi w tej sprawie, proszę". Było to w przeddzień święta Matki Boskiej Częstochowskiej. Następnego dnia rano, tuż przed pracą, otworzyłam Pismo Święte, by pokrzepić się choć kilkoma zdaniami. Przeczytałam fragment z Księgi Daniela: "Spośród synów judzkich byli wśród nich: Daniel, Chananiasz, Miszael i Azariasz. Nadzorca służby nadał im imiona..." (1,6-7). Z wielkim dziękczynieniem wybiegłam do pracy. Mogłam więc nadać imiona moim czterem synom !

Stało się to w dniu zakończenia mojej pokuty, w uroczystość Wszystkich Świętych. W tym dniu pragnęłam szczególnie podziękować Panu Bogu za dar życia. Otworzyłam się... Zaprosiłam rodzinę i wspólnotę na spotkanie do parafii w Polskiej Misji Katolickiej w Ludwigsburgu, gdzie na moją prośbę kapłan prowadzący mnie odprawił Mszę świętą w intencji moich nienarodzonych dzieci, podczas której dziękowałam Panu Bogu za dar ich życia. Moje dzieci żyją, spotkam je, są osobami zmarłymi, a więc potrzebna jest Msza święta – tak czułam. Potem w kapliczce maryjnej, gdzie modliłam się w czasie pokuty, odbyło się nadanie imion moim dzieciom. Kapłan przeczytał Ewangelię o Zwiastowaniu Pańskim i wyjaśnił, co znaczy "chrzest pragnienia" dla osób nie ochrzczonych w Kościele. Nastąpiła modlitwa uwielbienia i dziękczynienia, dzięki której otworzyłam się i wypowiedziałam swoje podziękowanie Bogu za dar drogi pokuty, a po niej nadałam kolejno imiona swoim dzieciom. Po raz pierwszy odezwałam się osobowo prosto do ich serc. Zapalając świecę mówiłam kolejno tak: "Synu, nadaję ci imię Mateusz (Marek, Łukasz, Jan), wyznaję ci swoją miłość i proszę o przebaczenie". Wieczorem na cmentarzu ze wzruszeniem i miłością zapaliłam 4 lampki na znak ich życia...” (Wiesława Maria „Leczenie poaborcyjnych zranień” „Miłujcie się” nr 4/2009 – tam znajdziesz całość).

O zadośćuczynieniu mężczyzny za dusze dzieci nienarodzonych przeczytasz pod zakładką MĘSKIE PLUTONY RÓŻAŃCA... I NIE TYLKO).



„Od kilku lat podejmuję duchową adopcję życia poczętego – dzieci zagrożonych śmiercią w wyniku aborcji. Dlaczego akurat ta intencja ? Ponieważ istoty te są najbardziej bezbronne, niewinne i bez pomocy modlitewnej – bez szans.

Jak to się zaczęło ? Zająłem się sprawami związanymi z ludobójstwem na Polakach dokonanym na UON-UPA na Kresach. Zginęło tam okrutną śmiercią wiele dzieci. Moje serce krwawiło, kiedy czytałem o ich męczeństwie. Modliłem się również za nie poprzez krótkie fragmenty modlitwy różańcowej. Zajmowanie się tymi smutnymi i przerażającymi sprawami uwrażliwiało mnie coraz bardziej. W końcu podjąłem wezwanie modlitewne.

Bałem się, że nie dotrzymam warunków codziennej modlitwy. Trochę słusznie, gdyż podczas trzech pierwszych duchowych adopcji zdarzały się zapomnienia. Oczywiście, wypełniałem je zgodnie z warunkiem, iż każdy dzień z dziewięciu miesięcy musi być odrobiony. Dodatkowo od siebie dołożyłem jeszcze trzy miesiące w ramach prośby o wybaczenie mojego zapomnienia tych pojedynczych dni. Obecnie moja modlitwa wygląda trochę inaczej. Nie jestem już w stanie zapomnieć o dziesiątce w intencji życia poczętego. Mój umysł wręcz domaga się tej modlitwy. Jestem niecierpliwy kiedy zbliża się koniec dnia, a ja jeszcze jej nie odmówiłem. Czuję silną potrzebę jej realizacji.

Jeżeli istnieje jedna szansa na milion, że moja tak niedoskonała postawa jest w stanie uprosić u Boga życia dla dziecka poczętego, a tym samym uratować od wielkiego grzechu jego rodziców – podejmuję to wyzwanie. Obecnie jest to cały rok modlitwy, aż do ponownej adopcji. Te trzy miesiące "extra", to przebłaganie za moją niedoskonałość modlitewną, rozproszenie uwagi podczas odmawiania czy też (jak było na początku) opuszczenie dnia” (Piotr „Prawdziwi mężczyźni modlą się na różańcu” „Królowa Różańca Świętego” nr 2/2012).

„Jeśli miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie ?” (Mt 5,46)...

Moja znajoma, „Marta, była typową malkontentką niezbyt lubianą przez innych... Ludzie unikali przebywania z nią, tłumacząc, że ona we wszystkim widzi zło i nie dostrzega dobra... Marta nie lubiła rozmów religijnych, jak sama twierdziła – ona się nikomu do jego życia religijnego się nie wtrąca, więc nie chce aby i jej ktoś się wtrącał do relacji z Bogiem... Trwało to przez dłuższy czas. Zanurzałam w modlitwie jej problemy i osobę, oddając ją w sposób szczególny Maryi... Kiedyś, gdy odwiedziłam ją, otworzył mi mężczyzna.

"Wiesz – powiedziała spotkawszy się ze mną – jestem katoliczką i mam swoje zasady, ale przecież Pan Bóg nie jest taki drobiazgowy... ludzie się kochają i chcą być ze sobą, ale nie chcą zawierać małżeństwa, bo przecież jest tyle rozwodów; trzeba się do siebie przyzwyczaić... dopasować swoje upodobania. Jestem z Marcinem już drugi rok, a trzy miesiące temu zamieszkaliśmy razem. Może kiedyś będziemy małżeństwem ? Ja bym chciała, ale Marcin chce jeszcze poczekać"... Marta na długie miesiące pozostała w mojej modlitwie.

Pewnego dnia zastałam ją zapłakaną i nieszczęśliwą: "Marcin odszedł... bez słowa wyjaśnienia - szlochała... Całe życie mi się zawaliło, a on tak po prostu poszedł sobie. Chyba umrę...". Jednak nie umarła, natomiast dała się przekonać do modlitwy. Modlitwa różańcowa wprowadzona w życie Marty pozwoliła jej odnaleźć Boga, spowiedź i Eucharystia pozwoliły jej na nowo doświadczyć kochającego Ojca. Ostatnio zauważyłam, że Marta mniej narzeka, jest pogodniejsza, a w naszych rozmowach częściej goszczą słowa "Pan Bóg” (Irena Skraba „Pan Bóg nie jest taki drobiazgowy” – „Znak Pokoju” nr244/2008 – tam znajdziesz całość).



Proszę, wołam, błagam !...

„Tak się złożyło – jak widzę to dzisiaj: nie bez przyczyny – że jakiś czas temu Pan Bóg posłał mnie w środowisko ludzi nie mogących znaleźć zatrudnienia, często załamanych, bez woli życia i nadziei. Długo zastanawiałam się - dlaczego tam jestem. Okazało się, że wielu z nich jest uwikłanych w alkoholizm albo narkotyki. Wielu siedziało w więzieniu, a teraz poprzez program pomocy edukacyjnej, mają powrócić do pracy. Dla mnie był to pierwszy kontakt z takimi osobami. Są tam też ludzie po 50-tym roku życia lub matki mające małe dzieci i niechętnie zatrudniane. Wiem, iż to środowisko działa na nich bardzo destruktywnie, czasem popadają w depresję, choć są i tacy, którzy zaczynają odczuwać chęć życia.

Moje przerażenie budziły tatuaże i wszechobecna agresja słowna. Najcięższym jednak doświadczeniem był dzień, gdy zorientowałam się, że jest tam wiele osób zniewolonych. Pewnego dnia jeden mężczyzna powiedział, że jego bogiem jest szatan. Wtedy pomyślałam, że tu już się toczy inna walka o duszę tego człowieka.

Nie wiem dlaczego, ale nadal trwałam na swoim stanowisku pracy. Zaczęłam się tym osobom przyglądać i analizować przyczyny zagubienia w ich życiu. Doszłam do wniosku, że fundamentem nieszczęść jest brak miłości w życiu. Ten zgubny wzór zachowań jest przekazywany z pokolenia na pokolenie. I wtedy przyszła mi myśl o potrzebie ewangelizacji tego miejsca. Tę sprawę oddałam Matce Bożej, bo potrzebni są silni ludzie zakorzenieni w Bogu. Pomyślałam, że napiszę do Was z prośbą o modlitwę za tych, o których tutaj napisałam. Nie chcę, aby ktokolwiek z nich odszedł z tego świata nie pojednany z Bogiem.

Ja sama niewiele mogę zrobić, ale wszyscy wspólnie – bardzo dużo. Wśród nich są: Jerzy (ten, który deklarował, że wierzy w innego boga); Tomasz (deklaruje agnostycyzm) oraz ponad 120 nie wymienionych z imienia uczestników Centrum Integracji Społecznej z Wielkopolski, którzy tam przychodzą. Proszę też o włączenie do grupy Sabiny, mojej sparaliżowanej od niedawna Cioci.

Trzeba robić wszystko, by ratować te osoby. Dwie z nich zginęły nagle w wypadku, jedna osoba dostała padaczki alkoholowej w domu. W każdym razie – zmarła nagle. Okazało się, że gdyby nie delegacja z Ośrodka, nie byłoby nikogo absolutnie na jego pogrzebie, oprócz księdza i grabarza. Nie byłoby nikogo z rodziny, z bliskich” (Gosia „Nadzieja i życie” nr 62/2012). Otoczmy tych ludzi choćby tylko naszą miłością chrześcijańską, otoczmy ich tak bardzo skuteczną modlitwą różańcową. Otoczmy z wielką wiarą i ufnością w Miłosierdzie Boże, by Bóg pozwolił potoczyć się ich sprawom „według naszej wiary”.

„Nie czekaj na przywódców; zrób to sam, człowiek człowiekowi” (św.Matka Teresa z Kalkuty).

„Mieszkańcom Śląska Różaniec towarzyszył od zawsze. Ta prosta modlitwa była odmawiana podczas ciężkiej pracy na roli, a potem w kopalniach. Kiedy górnicy szli pod ziemię na szychtę, ich żony brały do ręki różaniec i modliły się o szczęśliwy powrót mężów do domu” (ks.Waldmar Packner „Różaniec na Śląsku” – „Różaniec” nr 4/2015).

„Po pierwszej nowennie [pompejańskiej] przyszła myśl, że będę modlić się za innych, tych, którzy szczególnie potrzebują wsparcia i opieki Matki Bożej. I tak odprawiłam drugą i trzecią nowennę. Owoce modlitwy są widoczne. Pamiętajcie, że wiara czyni cuda !” (Sylwia „Królowa Różańca Świętego” nr 1/2015).

„Zwykle odkładałam „Biuletyn” [„Pomoc Kościołowi w Potrzebie”] na stertę papierów w kuchni. Co prawda, od wielu lat pomagam PKWP, ale nie czytałam Waszych relacji. Na początku odczuwałam miłość bliźniego, ale z biegiem czasu przekazywanie ofiar stało się dla mnie obowiązkiem. Kiedy dostałam ostatni „Biuletyn”, przeczytałam jednak jeden z tekstów i nagle pomyślałam: „Jakim ja jestem człowiekiem ? Ofiaruję pieniądze a nie miłość”. Wzięłam więc „Biuletyn” i odmówiłam dziesiątkę Różańca. Po każdym Zdrowaś Maryjo czytałam akapit artykułu. Podczas modlitwy nagle zaczęłam odczuwać miłość do wszystkich, o których pisano – zarówno do cierpiących, jak i do tych, którzy im pomagają. Teraz już cieszę się na myśl o kolejnym „Biuletynie” (Ofiarodawczyni z Australii „Pomoc Kościołowi w Potrzebie” nr 6/2016).



Kiedy największy przyjaciel i wychowawca młodzieży – 31 letni wówczas – święty Jan Bosco – nagle ciężko zachorował, ubodzy chłopcy z Turynu, którymi opiekował się, ogromnie się przejęli stanem jego zdrowia. „Płakali i modlili się: „Boże, nie pozwól mu umrzeć !”... Przez osiem dni ksiądz Bosko znajdował się między życiem a śmiercią. Byli tacy, którzy w ciągu tych ośmiu dni, pracując na palącym słońcu, nie wypili ani jednego łyka wody, aby wyprosić u nieba łaskę jego powrotu do zdrowia. W sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia, mali murarczycy modlili się w dzień i w nocy. Zawsze ktoś klęczał przed Madonną. Czasem oczy zamykały się im z wielkiego zmęczenia (przyszli po 12 godzinach pracy na budowie), ale dzielnie trwali na modlitwie. Niektórzy – z rozbrajającą dla młodych wspaniałomyślnością – przyrzekli Matce Boskiej, że będą przez całe życie odmawiali Różaniec – inni, że będą pościć o chlebie i wodzie przez jeden rok...” (Teresio Bosco „Spełniony sen” – książka biograficzna)

Koło Żywego Różańca suwalskiej służby zdrowia powstało jako wotum wdzięczności za dar beatyfikacji Ojca Świętego Jana Pawła II. Założenie wspólnoty różańcowej, to oddolna inicjatywa pielęgniarek. Autorką pomysłu, który zrodził się po rekolekcjach adwentowych dla służby zdrowia, jest była pielęgniarka Grażyna Pietrewicz. Osoby współtworzące wspólnotę, pragną oddawać Matce Bożej swoją pracę w służbie chorym i wypraszać łaski dla personelu, dla chorych i ich rodzin...” (Teresa Kitlas – „Różaniec” nr 5/2016 – tam znajdziesz całość).

„Wszelkie dobro ma swój początek w miłości” (św.Arnold Janssen)

Łukasz Bęś („Bęsiu”) obecnie „jeden z najlepszych raperów rodzimej sceny chrześcijańskiej”, wspominając o swym niespodziewanym zejściu ze stromej drogi wiodącej wprost na dno, przytacza następujący epizod: „...Zacząłem chodzić do kościoła. Codziennie... Wszedłem kiedyś – siedziały dwie kobieciny. Usiadłem za nimi, a te ostentacyjnie wzięły torebki i przeszły na drugą stronę kościoła. "Idziemy stąd" – usłyszałem.

Wyszliśmy z kościoła. Nie wytrzymałem, podszedłem do tych kobiet. "Dlaczego panie się przesiadły". "Bo nie wiemy kim pan jest. Dlaczego usiadł pan za nami ? Przecież w kościele jest tyle miejsca". Mówię: "Nie wiem. Usiadłem spontanicznie... Mogą mnie panie nie znać, jestem Łukasz, syn Ireny". Na to jedna z kobiet zawołała” "Ty jesteś synem Irenki ? To ja za ciebie od roku Różaniec odmawiam". A druga: "A je od pół roku koronkę"...” (Marcin Jakimowicz „Baw się dobrze” – „Gość niedzielny” nr 41/2016).

Babcine pogotowie

„Pewnego dnia rano córka zadzwoniła z pytaniem, czy może przywieźć Piotrka, bo w nocy miał gorączkę i nie może iść do przedszkola, chory. W końcu od czego ma się babcię...?

Przywiozła chłopca i trzy syropy – dwa na kaszel, jeden do zbicia gorączki. Wytłumaczyła jak podawać, dotknęła czoła dziecka i powiedziała: "No, niedługo trzeba podać. Gorączka idzie". No i wyszła. Piotrek z wypiekami mówi, że mu zimno. Przykrywam go, ma dreszcze, usypia w 20 minut. Po obudzeniu się chłopca widzę oczy nie przytomne, zaczyna lekko dyszeć, a ja cała w strachu. Piotruś – mówię do niego – modlimy się do Pana Boga aby cię uzdrowił. No i zaczynam modlitwę wstawienniczą.

Dziecko się uspokaja, oczy otwiera szeroko, patrzy... Kiedy kończę, dzieciak znowu zaczyna dyszeć, wiec biorę różaniec i zaczynam się modlić, cały czas na głos. Dziecko się uspokaja, wracają mu wielkie przytomne oczy. Dla mnie to piękne przeżycie. Usypia w moich ramionach z mokrym ręcznikiem na czole. I tak ze dwa różańce odmówiłam do przyjazdu córki. Wnuczek w końcu się obudził i zjadł obiad. Gorączki już nie dostał ani wieczorem, ani w nocy, ani następnego dnia. Był radosny i twórczy w zabawie.

Ni i jak tu nie dziękować Jezusowi, który wysłuchuje modlitw grzesznych i bezradnych ludzi ?Jezu, dzięki Ci. Dobrze jest być Twoim dzieckiem” (Urszula „Szum z nieba” nr 1/2014).

MÓDLMY SIĘ ZA KONAJĄCYCH



„Matka Boża prosi o Różaniec za grzeszników. Wypełniajmy Jej prośby. W czasie odmawiania cząstki czyli pięciu tajemnic Różańca odejdzie z tego świata ok. 3 tysięcy osób... Chcemy towarzyszyć im w tych najważniejszych chwilach życia. Nasza modlitwa przyniesie każdemu z nich dobroczynne skutki. Pokornie prośmy o wielkie łaski dla nich. Tak czyniła św.Faustyna.

Istotne byłoby zawierzenie tych osób Niepokalanemu Sercu Maryi, bo jak sama powiedziała, zwycięstwo przyjdzie przez Jej Serce: "Matko Boża, w Twoim Niepokalanym Sercu składem i zawierzam Tobie tych, którzy skonają w czasie odmawiania tego Różańca. Proszę, uchroń ich od wszelkich wpływów złych duchów i uproś łaski potrzebne do zbawienia". Pomocne byłoby rozpoczęcie modlitwy od znanego egzorcyzmu: "Potężna niebios Królowo i Pani Aniołów, Ty, która otrzymałaś od Boga posłannictwo i władzę, by zetrzeć głowę szatana, prosimy Cię pokornie, rozkaż hufcom Anielskim, aby ścigały szatanów, stłumiły ich zuchwałość, a zwalczając ich wszędzie, strąciły ich do piekła. Święci Aniołowie i Archaniołowie – brońcie nas i strzeżcie nas. Amen".

Za każdym odmówieniem Zdrowaś Maryjo możemy ponawiać już teraz, bez słów, akt zawierzenia konających Niepokalanemu Sercu. Oddajemy ich wciąż na nowo pod opiekę Tej, przed którą drżą demony, a jednocześnie Pośredniczce Wszelkich Łask. Cóż moglibyśmy zrobić lepszego dla tych braci i sióstr ?!

Po modlitwie warto uświadomić sobie co wydarzyło się w czasie jej trwania. Oto w ciągu minionych 30 minut odeszło do wieczności kilka tysięcy osób. Nie ma ich już wśród nas. Byłeś (-aś) z nimi, towarzyszyłeś (-aś) im w tych ostatnich chwilach. Twoja modlitwa pomogła wszystkim, a być może przyczyniła się do uratowania wielu od wiecznego potępienia... Modlitwa za konających może przybierać różne formy: sami znajdujemy swoje własne, nie zapominając jednak, że Pan Jezus poleca zwłaszcza Koronkę [do Miłosierdzia Bożego], a Matka Boża – Różaniec... Nikt nie będzie cię z tej racji pokazywać w telewizji ani wręczać ci nagród czy odznaczeń. Tym lepiej. W takim przypadku nagrodę "otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych" (Łk 14,14). Najlepszy czas i najlepsze miejsce na odbieranie nagród...” (Jan Bilewicz „Ratowanie konających grzeszników” -„Miłujcie się” nr 4/2016 – tam znajdziesz całość). Przekonajcie się sami, co może uczynić taka modlitwa:

„Mam na imię Emilia i jestem studentką pielęgniarstwa. Chciałabym podzielić się świadectwem o wydarzeniu, które zaistniało w moim życiu i które na zawsze zostanie w mojej pamięci.

Zdarzenie to miało miejsce rok temu. Wraz z koleżankami odbywałyśmy wtedy praktykę zawodową. Na sali szczególnego nadzoru leżał pacjent, który – jak się później dowiedziałam – umierał... Jego stan był ciężki: bardzo słabo oddychał, charczał. Nigdy wcześniej nie byłam przy człowieku, który umierał i nie wiedziałam jak mam się zachować. Wiedziałam, że nie mogę tylko stać i biernie patrzeć. Zastanawiałam się, jakie w tych wypadkach odmawia się modlitwy. Chciałam odmówić Różaniec, ale ze względu na to, że trochę by to trwało, szukałam krótszej modlitwy. Zupełnie nieświadomie sięgnęłam po różaniec, który zawsze noszę w fartuchu, przeżegnałam się i zaczęłam półgłosem mówić Koronkę do Miłosierdzia Bożego.. Za moimi plecami stały koleżanki i rozmawiały. Wtedy, po odmówieniu koronki, na słowa: "Święty Boże, Święty Mocny, Święty Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami i nad całym światem" – pacjent ucichł, a jego oddech stał się spokojny. Było to tak wymowne, że koleżanki, które stały za mną, przerwały rozmowę i ze zdziwieniem zapytały: co się stało ! Nie ukrywam, że sama się wystraszyłam. Odpowiedziałam, że pomodliłam się tylko i pacjent się uspokoił.

Po powrocie do domu nie mogłam przestać myśleć o tym, co się wydarzyło. Zaczęłam szukać informacji, jakie znaczenie ma Koronka do Miłosierdzia Bożego odmawiana przy osobach, które umierają oraz w ogóle, jak powinno się zachować przy konających. I to, co znalazłam w Dzienniczku św.Faustyny, po prostu mnie zatkało !"... Przez odmawianie tej koronki podoba Mi się dać wszystko, o co Mnie prosić będą (Dz.1541)... Każdą duszę bronię w godzinie śmierci, jako swej chwały, która odmawiać będzie tę koronkę albo przy konającym inni odmówią... Kiedy przy konającym inni odmawiają tę koronkę, uśmierza się gniew Boży, a miłosierdzie niezgłębione ogarnia duszę (Dz. 811)... O, jak bardzo powinniśmy modlić się za konających; korzystajmy z miłosierdzia, póki czas zmiłowania" (Dz.1035). Po przeczytaniu tych słów zaparło mi dech w piersi ! Nie wiedziałam, że jest to tak wielka modlitwa !. Nawet dziś, kiedy czytam te słowa, łzy napełniają moje oczy ! "Widziałam" cud, jakim jest Boże miłosierdzie...

Dodam jeszcze, że czasem podaję chorym do ręki różaniec. Szczególnie chorzy po udarach, którzy mają sparaliżowane ciało i nie potrafią mówić, zazwyczaj na widok różańca wybuchają tak żałosnym płaczem, że płaczą jak dzieci, a wtedy ja... płaczę razem z nimi...” (Emilia z Podlaskiego „Niezwykłe odkrycie” – „Miłujcie się” nr 4/2016 – tam znajdziesz całość”



Ojciec Święty Franciszek, kiedy był jeszcze arcybiskupem Buenos Aires, zaproponował wiernym MODLITWĘ PIĘCIU PALCÓW – wyjaśniając tę zagadkową propozycję w następujący sposób:

Kciuk jest palcem, który jest najbliżej ciebie. Zacznij więc modlitwę modląc się za tych, którzy są ci najbliżsi. Są to osoby, które najłatwiej sobie przypomnieć. Modlić się za tych, których kochamy to słodki obowiązek.

Sąsiedni palec jest palcem wskazującym. Pomódl się za tych, którzy wychowują, kształcą i leczą. Oni potrzebują wsparcia i mądrości by prowadzić innych we właściwym kierunku. Niech stale będą obecni w twoich modlitwach.

Palec środkowy jest najwyższy z palców. Przypomina nam o naszych przywódcach, liderach, rządzących, tych, którzy mają władzę. Oni potrzebują Bożego kierownictwa.

Kolejny palec to palec serdeczny. Zaskakujące, ale jest naszym najsłabszym palcem. Przypomina nam on by modlić się za słabych, chorych, strapionych i obciążonych problemami. Oni potrzebują twojej modlitwy.

W końcu nasz mały palec, najmniejszy ze wszystkich. Powinien on przypominać ci o modlitwie za siebie samego. Kiedy zakończysz modlić się za cztery grupy wymienione wcześniej, twoje własne potrzeby ujrzysz we właściwej perspektywie i będziesz gotów by pomodlić się za siebie samego w sposób bardziej prawdziwy i skuteczny. Amen.

Źródło: http://www.oaza.pl/cdm/modlitwy/168-modlitwy-z-papieem-franciszkiem/602-modlitwa-piciu-palcow



Różaniec można także odmawiać za miejscowości, w których mieszkamy, za swoje miejsca pracy i pracujących w nich, za swoje szkoły, za swe uczelnie, za ludzi, których spotykamy, za swoich bliskich – słowem, za wszystko, co w jakikolwiek sposób łączy się z naszym codziennym życiem.

Znany jest przykład pewnej, starszej już wiekiem, świętobliwej kobiety, która codziennie bardzo wiele się modiła (szczególnie na różańcu) za wszystkich swych najbliższych, aby ochraniać ich. W ten sposób była dla nich jakby piorunochronem, który bierze na siebie całe zło zagrażające rodzinie i unicestwia je.

Propozycje konkretnych różańcowych modlitw wstawienniczych znajdują się także w odrębnych witrynach na tej stronie różańcowej np.:

MODLIMY SIĘ ZA OJCZYZNĘ I ZA CAŁY ŚWIAT

KRUCJATA RÓŻAŃCOWA ZA OJCZYZNĘ

MODLIMY SIĘ ZA WIARĘ I ZA KOŚCIÓŁ ŚWIĘTY

MODLĘ SIĘ ZA BLIŹNICH

MODLĘ SIĘ ZA DZIECI I SPRAWY RODZINNE

OTACZAMY RÓŻAŃCEM CAŁY STAN DUCHOWNY

FILIPIŃSKA KRUCJATA RÓŻAŃCOWA ZA CAŁY ŚWIAT

DUCHOWE ADOPCJE RÓŻAŃCOWE

KAMPANIA RÓŻAŃCOWA – PODAJ MNIE DALEJ

PATROLE RÓŻAŃCOWE

MODLITWA ZA MODLITWĘ

RÓŻANIEC MISYJNY

MODLITWA ZA MIASTO

Z RÓŻAŃCEM U STÓP KRZYŻA...

Modlimy się za siebie nawzajem! Codziennie o godzinie 22 modlimy się za siebie. Dołącz do nas ! http://zywyrozaniec.pl/groups/23



„Istnieje bardzo prosty sposób, aby zabezpieczyć tę modlitwę przed mechanizmem: odmówcie pierwszy paciorek za jakąś osobę; zaraz pojawi się w waszej pamięci inna, potem będzie ich dziesięć, dwadzieścia, a wtedy różaniec wyda wam się nie za długi, ale za krótki. Przekonacie się, że wasz bliźni bardzo potrzebuje waszej modlitwy” (André Frossard).

„Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeżeli się będziecie wzajemnie miłowali” (J 13,35).

wróć do strony głównej