wróć do strony głównej


IEZWYKŁE RÓŻAŃCE



„Różaniec jest cudownym darem Maryi dla ludzkości. Różaniec jest Jej Ewangelią, Brewiarzem, Eucharystią” (św.o.Pio).


Obr. http://wydwnictwo.net.pl/s/wyniki/dzial/45/Matak-Boza

Z czegóż to ludzie nie robili różańców na przestrzeni wieków ? Jakież przedziwne mieli pomysły, aby okazać swój szacunek i miłość do Najświętszej Panny poprzez ten święty przedmiot. Trudno byłoby zebrać wszystkie, jakie powstały w ludzkich głowach odkąd święty Dominik otrzymał od Niej polecenie, by misję, którą podjął zaczął wspierać różańcem.

Najpierw toczono koraliki z pachnących płatków różanych sklejonych gumą arabską. Potem wystrugiwano je z najlepszych i najszlachetniejszych gatunków drewna rzeźbiąc w nich misterne aplikacje na motywach roślinnych lub wygładzając i nabłyszczając rozgrzanym woskiem, polerując, by miały piękny blask... Potem zaczęto je wytwarzać ze srebra, złota i platyny, z bursztynu i z kości słoniowej, z pereł i szlachetnych kamieni – najdroższych, najpiękniejszych jakie dała natura. Potem ze szkła i z porcelany, z laki, z plastiku i... z pięknych jedwabnych sznurów, na których po mistrzowsku zaplatano supełki, a nawet z koralików obdzierganych koronką wykonaną na szydełku....

Ludzie ubodzy, którzy też chcieli mieć swój różaniec, a nie potrafili wytoczyć malutkich koralików albo nie stać ich było na kupno gotowego, nawlekali na szpagat przewiercone ziarenka grochu albo fasoli, drobne orzeszki lub suszone korale jarzębiny. Wśród więźniów oraz osadzonych w obozach koncentracyjnych, można było spotkać różańce, których korale ugnieciono z miękiszu chleba mimo skromnych, iście głodowych racji.

Ale i dzisiaj można spotkać różańce wykonane z ziarenek fasolowych, tyle że są to oryginalne, niezwykłe ziarna, nazywane fasolkami Najświętszego Sakramentu; ziarna przez wielu traktowane jak bezcenne relikwie.



Dlaczego ? Oto autentyczna, fascynująca historia tej przedziwnej fasoli:

Podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej, kiedy za głównych wrogów ludu uznano duchowieństwo i Kościół katolicki, miało miejsce powszechne prześladowanie kleru oraz niszczenie wszystkiego, co w jakikolwiek sposób wiązało się z Kościołem. W tym czasie na terenie Alzacji, która podczas rewolucji w 1789 r., pod względem administracyjnym była częścią terytorium Francji, wydarzyło się coś, w czym można dopatrywać się wspaniałego Daru, cudu Eucharystycznego, którego owoce można podziwiać aż do dziś. Opowieść o tym zachowaną w przekazach ustnych Alzatczyków, dopiero po upływie aż 200 lat od tamtego pamiętnego wydarzenia, w 1989 roku spisał i opublikował M.F. de Bussang, odświeżając pamięć o tym wydarzeniu i poprzez media nagłaśniając ją aż na cały świat. Oto ona:

„W ogarniętej antykatolicką rewolucją Francji, kiedy prześladowano duchowieństwo, obowiązywał zakaz przechowywania Najświętszego Sakramentu. Proboszcz pewnej małej alzackiej wioski, której nazwa [dziś już] nie jest znana, zaniepokojony wzrastającą falą terroru brygad rewolucyjnych, zagrażających jego parafii, zastanawiał się, gdzie może bezpiecznie ukryć Najświętszy Sakrament. Nie mogąc jednak samemu znaleźć odpowiedniego miejsca, poprosił o radę swoją gospodynię. Kobieta pomimo zagrażającego jej oraz całej wiosce niebezpieczeństwa, wskazała swoją działkę obsadzoną rosnącą na tyczkach fasolą. Tam też ukryto monstrancję z Najświętszym Sakramentem aż do czasu opuszczenia okolicy przez rewolucjonistów.

Jakież było zaskoczenie kobiety, kiedy w jesieni, w czasie zbiorów, odkryła, że na każdym maleńkim ziarenku fasoli znajdują się tajemnicze brązowe znaczki, choć posadziła całe białe nasiona. Zabrała więc kilka fasolek, by je pokazać proboszczowi, który natychmiast rozpoznał w nich wizerunek małej Hostii ukrytej w brązowej, zdobionej monstrancji.



Widząc to, bez wahania oznajmił zdziwionej parafiance: "Droga pani, to jest podziękowanie za pani odwagę i głęboką wiarę. Gdyby Hostie z kościoła zostały odkryte w polu rolnym, gdzie je ukryliśmy, ja i pani zostalibyśmy rozstrzelani, pani dom spalony, a może i cała wieś”.

Wydarzenie związane z cudowną alzacką fasolką przeszło do historii. Także i dzisiaj opowieść o nim jest coraz szerzej rozprzestrzeniana nie tylko dzięki internetowi, ale też dzięki przekazywaniu z rąk do rąk ziarenek fasolki z wizerunkiem monstrancji z maleńką Hostią pośrodku. Bo ta niezwykła fasola plonuje także dziś. Każde z ziarenek ze znakiem Hostii, zasiane w ziemię, po dzień dzisiejszy owocuje z "Bożym znamieniem" jako odmiana niezwykle plenna i wytrzymała, asymilująca się w każdych warunkach i zachwycająca swoją niezwykłością.

Źródła: http://www.garnek.pl/aklah/11573055/fasolka

http://obrazmojegoserca2.blog.onet.pl/2012/05/22/fasola-z-wizerunkiem-najswietszego-sakramentu/

http://www.aspektpolski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=2972&Itemid=30

http://shalom-miriam.blogspot.com/2012_10_01_archive.html

Podobnie jak w kościele, gdy podczas adoracji wielbimy wystawionego w monstrancji Pana Jezusa w Hostii świętej lub na procesji Bożego Ciała oddajemy Mu cześć w Najświętszym Sakramencie, tak i to skromne ziarenko ze znakiem Eucharystii, przez wielu otaczane jest prawdziwą czcią, niczym relikwia, jako że znamię jego jest symbolem skrytego w monstrancji żywego Chrystusa. I rzeczywiście, trudno sobie wyobrazić, by można było je ugotować i zjeść niczym zwykłą fasolę. Pomyślano więc o bardziej godnym wykorzystaniu tych szczególnych ziarenek, używając ich do robienia różańców.

JAK ROZMNOŻYĆ

i nie zmarnować tego niezwykłego ziarenka, dzieli się swoim doświadczeniem szczęśliwa posiadaczka jedynej takiej fasolki, którą otrzymała w darze.

„Ubiegłej jesieni dostałam od koleżanki jedno ziarenko fasolki Najświętszego Sakramentu z propozycją posadzenia jej na najbliższą wiosnę. Dając mi ją, stwierdziła, że jestem kolejną już osobą, którą obdarowała, ale żadnej z tych, które wcześniej dostały od niej tę fasolkę nie udało się jej rozmnożyć, gdyż posadzona do ziemi „zmarnowała się”. Słysząc to, powiedziałam, że ja spróbuję postąpić tak, jak dzieci uczące się przyrody, które w ramach poznania procesu powstawania rośliny z nasienia, muszą przeprowadzić w domu mini-eksperyment.

Zgodnie z tradycją, która uczy, że fasolę sadzi się „na świętego Stanisława”, tego dnia i ja wzięłam nieduży słoiczek, który przykryłam płatkiem cienkiego bandaża bawełnianego, umocowując go krążkiem cienkiej gumki. Następnie wcisnęłam nieco środek bandaża, aby powstało zagłębienie. Do słoiczka nalałam wodę – tyle, aby fasolka położona we wgłębieniu bandaża, przez całą dobę była w niej zanużona. Fasolkę położyłam na bandażu tak, aby jej znamię było z boku (nie u góry i nie pod spodem), gdyż z niego w górę miała wyjść łodyżka, a korzonki w dół. Ponieważ po zwisających końcach bandaża woda mogłaby samoistnie wypływać ze słoiczka, podwinęłam je do góry ponad gumkę, rozkładając na krawędzi naczynia, a samo naczynie ustawiłam w głębszym spodeczku. Tylko przez jedną dobę fasolka była cała zanurzona w wodzie, potem utrzymywałam taki poziom wody, żeby od połowy wystawała ponad wodę, bo gdyby cała leżała w wodzie, to mogłaby zgnić.

Przez cały tydzień z niepokojem obserwowałam swoje ziarenko, które leżało jak kamienne, nawet nie pomarszczyło się jak inne fasole. Nareszcie po tygodniu pękło i w szparce się ukazał gruby, zielony pęd. Odtąd już bardzo szybko zaczęła się rozwijać. Zielony pęd wystrzelił w górę tworząc łodyżkę, na której zaraz pojawiły się liście, a w dół zaczęły się wysnuwać białe, grube korzonki – cała wiązka. Po trzech dniach łodyga miała już chyba około 15 centymetrów.

Kiedy już łuska prawie odpadała, bardzo delikatnie zdjęłam ją z liścia, na którym zatrzymała się i wyplątałam korzonki z bandaża. Następnie wzięłam specjalną torfową doniczkę*), wsypałam do niej dobrej ziemi formując spory stożek, na którym delikatnie rozłożyłam korzonki, po czym wokoło dosypałam prawie do pełna resztę ziemi nie ubijając jej, i postawiłam na spodeczku wypełnionym wodą, aby doniczka mogła namoknąć razem z ziemią i aby nie zabrała wody z wilgotnej ziemi. Gdy już doniczka była mokra, nadmiar wody wylałam. Tak przygotowaną roślinkę wystawiłam na powietrze, aby zahartowała się, ale na noc znowu zabrałam ją do domu.

Następnego dnia, kiedy zanosiło się na deszcz, postanowiłam ją wysadzić do ogródka w miejscu, które jest częściowo zacienione (nie wystawione na skwar słoneczny). Wykopałam dołek na tyle szeroki, aby swobodnie wpuścić do niego tę doniczkę z rośliną i na tyle głęboki, aby łodyga znalazła się pod ziemią aż do samych liścieni. Po posadzeniu znowu dobrze podlałam ją, a potem jeszcze podlał ją deszcz. Odtąd już „radziła sobie” sama.

Nie muszę chyba mówić o tym, że od początku, każdy etap pracy polecałam Panu Bogu w modlitwie, prosząc, by pobłogosławił to moje maleńkie „przedsięwzięcie”, by nie pozwolił zmarnieć tej roślinie i czuwał nad nią aż do wydania plonu.


Moja koleżanka posadziła cztery fasolki od razu do dużej donicy, dobrze podlewała je i pięknie wzeszły. Teraz mają po dwa duże liście i wyglądają tak samo jak moja. Koleżanka powiedziała jednak, że pozostawi je w tej doniczce i nie będzie przesadzała do ogródka. Nie wiem, czy nie będą miały za mało miejsca, za mało ziemi do „wyżywienia się”, czy w donicy nie będzie za płytko dla korzeni, gdyż są to wysokie rośliny tyczne...?

A dlaczego innym osobom zmarnowały się te fasolki ? Nie wiem... Może dlatego że od razu posadziły je na grządce w ogródku i zaszkodziły im niekorzystne warunki atmosferyczne ? Może za mało były podlewane...? Tak czy inaczej, każdy, kto będzie miał taką fasolkę, może sam sobie wybrać sposób, w jaki poprowadzi ją do wydania plonu.


*) I jeszcze kilka słów o tych doniczkach torfowych. Można je kupić w każdym markecie posiadającym dział ogrodniczy i na pewno są w niejednym mniejszym sklepie ogrodniczym. Produkowane są w różnych rozmiarach i sprzedawane w ilości kilkunastu lub kilkudziesięciu sztuk w opakowanych zgrzewce foliowej. W opakowaniu, które kupiłam za 18 złotych, były 22 doniczki średniej wielkości. Wprawdzie zużyłam tylko jedną, ale reszta może długo leżeć czekając na wykorzystanie do innych roślin, albo do fasolki na przyszły rok, jeśli będę miała jej więcej.



To są naprawdę świetne doniczki, przyjazne dla rośliny. Z wyglądu przypominają tekturę, ale są zrobione z torfu. Po wsypaniu ziemi, można do nich włożyć nasionka bezpośrednio i czekać aż wzejdą rośliny, albo umieścić, czyli popikować malutkie roślinki, aby przed wysadzeniem do ziemi jakiś czas jeszcze mogły przebywać w mieszkaniu nie narażone na przymrozki itp.; aby wzmocniły swój system korzeniowy. A kiedy rośliny będą już nadawały się do wysadzenia w ogródku, wkłada się je do wykopanego dołka razem z doniczką (!), co zapobiega naruszeniu, ogołoceniu i uszkodzeniu korzonków rośliny. Dzięki temu roślina po posadzeniu nie choruje. Doniczka natomiast pod wpływem wilgoci, rozkłada się w ziemi, „rozlasowuje się”, dodatkowo użyźniając ją.



Rok później

Do tej jednej, jedynej fasolki, koleżanka dodała mi jeszcze dwie „biedulki”, bo jedna była malutka, a druga nie tylko malutka, ale i zniekształcona, ale obie także posadziłam. W jesieni zebrałam z nich ładne kilkadziesiąt ziarenek, tak, że mogłam podzielić się jeszcze z trzema osobami, dając im po kilkanaście sztuk. Moje ziarenka (chyba ze 20 lub więcej), następnej wiosny wysadziłam wprost do ziemi.

Przed wysadzeniem przygotowałam dla nich odpowiednie miejsce, którego wcale nie było duże. Ponieważ mam malutki ogródek, na tę fasolkę przeznaczyłam zaledwie ok. 1 metra kwadratowego ziemi, pamiętając, aby to było miejsce nasłonecznione.

Ponieważ fasolka ta jest rośliną bardzo wysoką i pnie się nawet trzy metry w górę - z pomocą drugiej osoby, stworzyłam jej odpowiednie ku temu warunki, czyli w środek miejsca przeznaczonego dla niej, wstawiliśmy wysoką drewnianą tykę (wystarczyła jedna na tę powierzchnię). Tyka na czubku miała metalową pętlę (z pręta), do której przed ustawieniem, zostały przywiązane sznury Po ustawieniu byłoby zbyt wysoko, niewygodnie przywiązywać je.

Każdy sznur jednym końcem przywiązany był do tej pętli, a do drugim przywiązany był do kijka, który został wbity w ziemię. Sznurki rozprowadzone były dookoła tyki, tworząc coś w rodzaju karuzeli. Dopiero wtedy obok każdego kijka ze sznurkiem, posadziłam do ziemi nasionka fasolowe. Dalej trzeba było już tylko podlewać, usuwać chwasty i prosić Boga o dobrą pogodę oraz o łaskę zebrania dorodnego plonu.



Pan Bóg wysłuchał mojej prośby i z tego nasadzenia zebrałam w jesieni 1,8 kg ładnych fasolek. Ale kiedy je wyłuskałam, okazało się, że większość z nich nie ma dokładnie wyrysowanego rysunku monstrancji z Hostyjką w środku. Prawdopodobnie dlatego, że jeszcze nie zdążyły dojrzeć. Kiedy zrywałam je, to niewiele strąków było już suchych, gotowych do zerwania. Większość okazałych grubych strąków była jeszcze jędrna i zielona. Mimo to, musiałam zerwać je, gdyż zapowiadano spore przymrozki, a fasola jest rośliną wybitnie ciepłolubną. Okazało się, że zrywając je, dobrze zrobiłam, gdyż rosnące obok (na fotografii) inne fasolki, które nie zostały zerwane, po tych przymrozkach zrobiły, się wodniste, co zapowiadało ich gnicie.

Jeśli Pan Bóg pozwoli, to w przyszłym roku moje fasolki posadzę wcześniej (ok.1 maja), a w razie chłodów delikatnie zasłonię folią lub jakąś derką, żeby nie zmarzły. No i postaram się systematycznie podlewać je, bo w tym roku sporo wyjeżdżałam, a lato było upalne, więc i to było zaniedbanie mogło być przyczyną tego, że niezbyt dobrze ukazał się rysunek na ziarnach.



INNY NIEZWYKŁY RÓŻANIEC

Wykonany z nasion trawy zwanej Łzawicą lub Łzami Hioba, którą często regionalnie nazywa się także Łezkami Matki Bożej

„Roślina ta pochodzi z Azji. Zaliczana jest do rodziny roślin trawiastych. Wysokość jej sięga 50-60 cm. Posiada liście szablaste załamujące się, w połowie zwisające w dół. Kwitnie małymi, białymi kłosami również w dół zwisającymi. Owoce jej swoją budową przypominają łzy człowieka płaczącego. Pierwsze paciorki pojawiają się z końcem czerwca, początkiem lipca. Najczęściej w drugiej połowie sierpnia zaczynają dojrzewać. Robią się błyszczące przybierając barwę od szaro białej do czarnej w całej gamie łączonych kolorów. Zasadniczy zbiór przypada w miesiącu wrześniu”. http://www.krzyz.lomza.pl/rzemieslnicymatkibozej/uprawa.php


ilustracje są reprodukcjami ze stron: http://www.krzyz.lomza.pl/rzemieslnicymatkibozej/uprawa.php
http://bez-ogrodek-blog.blogspot.com/2013/10/lzy-hioba-naturalne-koraliki.html

„Pozyskiwane z natury surowce od niepamiętnych czasów były wykorzystywane do tworzenia ozdób takich jak koraliki, paciorki czy naszyjniki. Używano do tego celu kości i kłów zwierząt, muszli, cennych kamieni, bursztynu a także nasion roślin. Chociaż te ostatnie wymagają teoretycznie najmniej obróbki, ciągle trzeba było je wypolerować i nawlec na nić, a była to czynność nudna i długotrwała. Istnieje jednak roślina, której nasiona nie tylko pięknie błyszczą, ale także posiadają wewnątrz naturalny otwór. Są to nasiona trawy - łzawicy ogrodowej” (Coix lacryma-jobi) czyli Łzy Hioba... http://bez-ogrodek-blog.blogspot.com/2013/10/lzy-hioba-naturalne-koraliki.html

„Trawa jednoroczna wysokości 50-60 cm o sztywnych pędach, przydatna do uprawy na wysokich rabatach, do tworzenia grup florystycznych. Latem rośliny tworzą zwisające wiechowate kwiatostany złożone z licznych drobnych żółtych kwiatów. Po przekwitnieniu ukazują się duże nasiona o kształcie i wielkości spadającej kropli wody, barwy od fioletowo-szarej do szarobiałej. Dojrzałe wysuszone nasiona nadają się do wyrobu różańców, korali i do suchych kompozycji”. http://www.swiatkwiatow.pl/lzawica-lzy-hioba-coix-lacryma-jobi-id32.html



Wiele zakonów (zwłaszcza żeńskich) wykonuje „omodlone” różańce, czyli „różańce z duszą”. Zakonem, w którym robi się takie różańce z nasion Łzawicy, jest zakon dominikanek kontemplacyjnych w Przyrowie k/Częstochowy. Oto jak mówi o tym siostra Józefa Maria: „Pierwszy "mój" różaniec z błyszczących szarych ziarenek włożył w moje dłonie ojciec Jan Góra OP. To było po moim nawróceniu – moment, kiedy stojąc na rozdrożu, rozeznawałam, gdzie chce mnie widzieć Pan Bóg. Pytałam, modliłam się na różańcu, jednocześnie szukając odpowiedzi w Piśmie Świętym. Dotąd żywa jest we mnie chwila tej radości, pokoju i jasnej świadomości, że moim miejscem daru z siebie jest św.Anna – klasztor zakonu dominikańskiego.

Jedną z pierwszych umiejętności przyswojonych w nowicjacie było wymarzone sporządzanie różańców z "naszych paciorków", zwanych łzami św.Anny. A dlaczego naszych ? Bo one u nas rosną. Tutaj się rodzą.

Cały proces, od pobłogosławienia ziarenka wsianego do skrzynki na grzejniku, poprzez wielotygodniowe pielęgnowanie tych roślin już w szklarni, dalej przez uciążliwy czas zbioru dojrzałych ziarenek, suszenie ich, sortowanie, dobieranie kolorami, wiercenie otworów, by połączyć w sznur druciane ogniwa – jest naszą modlitwą za osoby, które kiedyś będą się na tych różańcach modliły. To połączenie żywych ziarenek rośliny i miłości z jaką są tworzone różańce, cudnie uchwyciła pewna pątniczka, mówiąc: "Siostro, bo to są takie różańce z duszą"...

Co ciekawe, można nawet rozpoznać czy posiadacze takich różańców modlą się na nich, gdyż używane – z czasem zmieniają kolor – z szarych stają się brązowe... Możliwość nabycia różańca jest związana z osobistym nawiedzeniem sanktuarium św.Anny pod Przyrowem” (s.Józefa Maria „Narodziny różańców "z duszą" – „Różaniec nr 10/2013).

Bardzo dokładny, ilustrowany opis uprawy tej rośliny zarówno na plantacji, jak i w przydomowym ogródku, a nawet na balkonie, znajduje się na stronie: http://www.krzyz.lomza.pl/rzemieslnicymatkibozej/uprawa.php Natomiast krótki filmik na temat Łzawicy oraz wskazówki potrzebne do wykonania z niej różańca, zamieszczono na stronie: www.youtube.com/watch?v=ovdy3x_HmpU Łzy Hioba na różaniec – Sandomierz

Bardzo szczegółowy instruktaż, jak własnoręcznie zrobić różaniec, pokazuje filmik na: https://www.youtube.com/watch?v=VVwXxA9LRKU Wprawdzie instrukcja dotyczy wykonania różańca z bursztynu, ale w taki sposób można zrobić dowolny różaniec z czegokolwiek innego.


reprod. ze strony: http://bez-ogrodek-blog.blogspot.com/2013/10/lzy-hioba-naturalne-koraliki.html

„W Różańcu można poznawać skarby, jakie miłość Trójcy Przenajświętszej na Mnie zlała – bo tak się Panu podobało” (MB do Barbary Kloss).

wróć do strony głównej